Pełna Sala ma być również stroną która przybliża początkującym kinomanom świat kina jako całości, dlatego zdecydowaliśmy się jako redakcja opisać nasze doświadczenia z czymś, co dla wielu ludzi jest przeszkodą nie do obejścia: długie filmy. Jak zaczynaliśmy, jaki tytuł był naszym "pierwszym" i dlaczego to w ogóle robimy?

Długość filmu to kwestia bardzo ważna w wielu powodów. Przede wszystkim: im produkcja krótsza, tym jest bardziej "wypełniona" - więcej się dzieje, staje się więc ciekawsza. Dochodzą też kwestie techniczne - długie filmy to większe koszty; nie tylko produkcji ale i dystrybucji. Jeszcze parę lat temu przecież gdy kino kupowało film do wyświetlania, cena kopii zależała od jego długości. Widziałem też ceny biletów różniące się w zależności od tego, czy film przekracza czas trwania 200 minut (co zresztą wraca w tym roku na Nowych Horyzontach, gdzie bilety na filmy powyżej 2,5h będą kosztować kilka złotych więcej). Taka sytuacja wynika z tego, że obiekt kinowy musi wyrównać swoje dochody Jeśli już decyduje się wyświetlać tak długie filmy to oznacza, że w ciągu dnia będzie miało jeden lub kilka pokazów mniej. Mniej pokazów = mniej pieniędzy. Jest jeszcze jeden czynnik - taki, że ludziom zwyczajnie nie chce się siedzieć w kinie na długich filmach. Dwie godziny to dla wielu limit. Peter Jackson trylogią "Władcy Pierścieni" rozciągnął tę granicę do trzech godzin. Dlatego dystrybutor podejmuje spore ryzyko, wykupując prawa do wyświetlania w kinach takiego "Zimowego snu" (3h 20min) lub "Kobiety, która wyszła"(3h 46min). Dlatego też wiele produkcji jest przemontowywane, zanim trafi do szerokiego obiegu - czasem wycinane są godziny ("Dawno temu w Ameryce") a czasem parę minut ("Armaggedon").

Wchodząc na PełnąSalę można zauważyć wśród redakcji przyzwyczajenie do produkcji, które trwają bardzo długo, jednak my nie mamy z tym problemu. Mamy tu jako społeczność za sobą takie tytuły jak "Lawrence z Arabii" (3h 36min) czy "Szatańskie tango" (7h 2min). Jak do tego doszło i czy nadal mimo to miewamy opory zanim zrobimy podejście do obejrzenia kolejnego długiego dzieła?

Garret Reza: Jeśli mnie pamięć nie myli, było to "Dawno temu w Ameryce" (3h 46min), w połowie 2007 roku. Były to wakacje, więc mogłem spędzić cały dzień na tym jednym tytułem. Zajęło mi to sześć godzin i byłem zachwycony. Nie przeszkadzało mi nawet nielogiczne przejście pomiędzy płytkami DVD, które dystrybutor wyznaczył w połowie sceny. Momentem zwrotnym okazało się obejrzenie pięciogodzinnego filmu Lava Diaza "Z tego, co było, po tym, co było" na festiwalu filmowym Nowe Horyzonty. Bez żadnych przerw, siadałeś i oglądałeś. Dopiero wtedy zrozumiałem, że kręcenie takich tytułów to skomplikowana sprawa, i wymaga pewnego podejścia do widza. Jedną ze sztuczek, które Diaz stosuje jest celowe wydłużanie scen na początku i skracanie ich wraz z przybliżającym się finałem. Dzięki temu widz ma wrażenie, że obraz staje się bardziej dynamiczny. Tutaj dochodzi do czegoś w rodzaju hipnozy, głębszego wejścia w jakiś tytuł wymuszonego przez obcowanie z nim w jednym podejściu. Obecnie mój rekord wynosi 485 minut: "Kołysanka do bolesnej tajemnicy", którą oglądałem od godziny 13 do 21. Takie kino uczy jak ważne są warunki, w których oglądamy. Gdy na Horyzontach wchodzisz na salę, to tam lampy od razu są odpowiednio przyciemnione, by oczy się przyzwyczaiły do małej ilości światła. W ten sposób cały nasz organizm od razu jest przygotowany do oglądania. Nie ma wtedy czynników, które mogłyby rozpraszać widza, co dzieje się niestety w domu, gdzie pozwalamy sobie na przerwy. Obejrzenie dłuższej produkcji można potraktować jako ćwiczenie koncentracji przed ekranem. Na początek gorąco polecam film "Miłość obnażona" ("Ai no mukidashi / Love Exposure", 3h 56min), który oglądałem z rozbiegu i nie mogłem się oderwać. Musiałem przerwać i zrobiłem to tylko dlatego, by wstać wcześnie następnego dnia do pracy. A tam myślałem tylko o tym, by wrócić do domu i dokończyć ostatnią godzinę. W "Miłości obnażonej" rozgrywa się mnóstwo rzeczy naraz. Reżyser miał świadomość, że tworzy długi film. Kolejne minuty wnoszą do historii coś świeżego i zaskakującego. Ten seans to przygoda i przeżycie.

"Dawno temu w Ameryce" (1984)

Grzegorz Narożny: Nazwijcie to profanacją, ale ze względu na natłok codziennych obowiązków i szybsze tempo życia, coraz częściej podchodzę do filmów jak do książek. Dzięki prężnie rozwijającemu się rynkowi VOD oraz innym dobrodziejstwom techniki, potrafię zacząć oglądać film na dużym TV w salonie, kontynuować za kilka godzin w kuchni na laptopie, a kończyć na smartfonie podczas podróży do pracy. No cóż, nie jest to komfortowa sytuacja, ale to cena, którą muszę płacić za bycie ojcem, mężem i kinomanem jednocześnie. Oczywiście z największą pomocą przychodzi tu kino, gdzie mogę w pełni, nieprzerwanie czerpać z tych filmowych światów. Jednak w miarę możliwości także w domu (najczęściej w nocy, kiedy domownicy śpią) stwarzam sobie nastrój, gdy wreszcie mogę być z filmem sam na sam i żadna siła nie jest już w stanie mnie od niego oderwać. Oczywiście im dłuższy metraż tym zazwyczaj więcej przerw, ale są wyjątki.

Z tego powodu chciałbym przybliżyć tu moją przygodę z najdłuższym filmem jaki do tej pory widziałem. Jest to "Wiek XX" Bernardo Bertolucciego (5h 18 min). Jedno posiedzenie i zarwana noc. To monumentalny, malowniczy obraz włoskiej wsi pierwszej połowy XX wieku. Opowiada przede wszystkim o trudnej przyjaźni ziemianina Alfredo i robotnika Olmo, obaj urodzeni pierwszego dnia dwudziestego wieku. Uczestniczą w burzliwych przemianach społeczno-politycznych: obu wojnach światowych i rewolucji bolszewickiej. Mimo antagonizmów wynikających głównie z pochodzenia, a tym samym różnych statusów społecznych starają się dbać o dobre relacje między sobą, choć los stawia ich po przeciwnych stronach barykady. To epopeja, którą skalą rozmachu mogę porównać z "Dawno temu w Ameryce". Film aktorsko lśni dzięki międzynarodowej, doborowej obsadzie (Robert De Niro, Gerard Depardieu). Zdjęcia Vittoroo Storaro zachwycają. Wiejskie pejzaże w szerokich planach, czy dynamiczne sceny zbiorowe zapierają dech w piersiach. Muzyka Ennio Morricone doskonale podsyca atmosferę. "Wiek XX" ogląda się doskonale, nie wieje nudą, nie stroni też od wielu dosadnych scen, zarówno pod kątem nagości jak i przemocy. Bertolucci w mocno naturalistyczny sposób opowiada tę historię. Tu mam z tym filmem problem natury moralnej, bo o ile artystycznie dzieło stoi na najwyższym poziomie, to ideologicznie jest propagandowym peanem na cześć komunizmu. Reżyser nie kryje tu swoich fascynacji socjalizmem i jasno opowiada się po stronie bolszewików, widząc w nich jedyny lek na zło faszyzmu, uosobione tu w postaci demonicznego, wręcz komiksowo przerysowanego Attili (Donald Sutherland). "Wiek XX" to paradoksalnie najbardziej propagandowe i ideologicznie zaangażowane, a jednocześnie najlepsze artystycznie dzieło Bertolucciego, które po prostu doskonale się ogląda. Wolę na nie patrzeć jak na opowieść o męskiej przyjaźni ponad podziałami. Choćby z tego powodu warto wybrać ten stosunkowo mało znany film na swój pierwszy długi seans.

"Wiek XX" (1976)

Adrian Burz: Podstawowym pytaniem jakie sobie zadałem, gdy któryś z kolei raz zignorowałem długi film na korzyść krótkiego, to: "czy to nie jest jak z książkami?" One też rozkładają różnie akcenty, też mają swoje punkty zwrotne, też są budowane tak by nas trzymać przy sobie jak najdłużej. Nie damy rady połknąć ich w całości i trzeba poświęcić im więcej czasu. Z długimi filmami też tak robię. Po prostu dzielę je na części, instynktownie wyczuwając kiedy mogę przerwać. Gdy ktoś mi mówi: "nie oglądam długich filmów, nie mam czasu", to tak jakby powiedział "nie czytam książek". Niemal przez tydzień oglądałem trwające 12 godzin "Out 1", a w dwa dni z trzema przerwami pochłonąłem dziewięciogodzinnego "Heremiasa" Lava Diaza. Istnieje niepisana zasada wśród widzów, by filmy oglądać w całości. Osobiście nie jestem jej zwolennikiem. Owszem, jeśli "Powiększenie" Antonioniego obejrzysz w 12 częściach i 30 minutowych odstępach pewnie nic z tego nie zrozumiesz. Natomiast jeśli film jest długi to nie widzę przeszkód by go szatkować. Oglądanie w kinie filmów trwających ponad cztery godziny traktuję bardziej jako wyzwanie. Filmy w Indiach trwają 3-4 godziny, a oni robią widzom przerwę na herbatę w połowie seansu. Ona pomaga oczom odpocząć, pospacerować i nie ma problemu z kontynuowaniem gdy się wróci do (pełnej) sali. Nie widzę przeszkód bym w taki sposób obejrzał dwunastogodzinne dzieło - wiem za to, że łeb by mi eksplodował, gdybym miał siedzieć bez pauzy przez ten czas. Uwielbiam festiwale. Potrafię chodzić na 5 filmów dziennie - ale właśnie dzięki temu, że między seansami jest choćby 5 minut na rozprostowanie nóg. Mój kinowy rekord to wersja reżyserska "Powrotu króla" (przyznam jednak, że oglądając ją docierałem powoli do granic mojej cierpliwości). Film, który trwa 12 godzin, często właśnie tyle musi trwać, by przekazać to co chce przekazać. Reżyser musi być jedynie świadomy, iż niektórzy potraktują jego dzieło jak serial, co wcale mu nie umniejsza.

"Out 1" (1971)

Robert Olbrychowski: Moja przygoda z "długim filmem" zaczęła się tak, jak pewnie w wielu innych przypadkach, czyli od Jacksonowskiej trylogii Władcy Pierścieni. O ile wcześniej pochłaniałem filmy w ogromnych ilościach, to właśnie słynny LOTR pokazał mi prawdziwe możliwości pełnego metrażu. Obraz jest tak niesamowity, że trzy, czy niemal cztery godziny w przypadku "Powrotu króla" zleciały błyskawicznie. Na tyle błyskawicznie, że w niedługim odstępie czasu sięgnąłem po to dzieło ponownie. I jeszcze raz, i znowu... Trudno bowiem ogarnąć wzrokiem (i rozumem) bogactwo świata przedstawionego przez nowozelandzkiego reżysera i uzupełnionego muzyczną ilustracją Howarda Shore'a. Każdy seans pozostaje tym samym magicznym doświadczeniem, które nie miałoby tej samej mocy, gdyby zostało skrócone o trzydzieści, czy sześćdziesiąt minut. "Władca Pierścieni" przyciąga widza przez wzgląd na swój monumentalizm. Tymczasem "Szatańskie Tango" Tarra Beli (422 minuty) intryguje minimalizmem. Siedem godzin z życia zapomnianej wioski na Węgrzech jest opowiedziane w poetycki sposób, a zwykłe czynności są celebrowane przez kamerę niczym rytuały. Magnetyzm filmu Tarra zadziałał obezwładniająco - ponad siedem godzin spędzone na oglądaniu nie było straszną stratą czasu, jak się obawiałem. Otworzyło mi to oczy na możliwości kina, z których wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Druga w kolejności jest "Syberiada" Andrieja Konczałowskiego (bo "jedynie" 4h i 35min). To istna epopeja, której oglądanie było jak osobiste przeżywanie historii uprzemysławiania Syberii, obserwowanie prób okiełznania natury przez człowieka, wielki przewodnik po historii regionu i znaczeniu potęgi tamtejszych obszarów. Możliwość zobaczenia tak epickiej historii była czymś naprawdę fascynującym. Dlaczego sięgam po tak długie filmy? Właśnie dla takich momentów.

"Szatańskie Tango" (1994)

Marcin Grudziąż: Co do długich filmów, to lubię parafrazować stwierdzenie najgorszego złoczyńcy Gotham: "kiedy ktoś ogląda 8 odcinków serialu pod rząd, nie robi to na nikim wrażenia. Natomiast kiedy obejrzysz 6-godzinny film, wszyscy uważają cię za dziwaka". Zresztą dystrybutorzy już dawno ten fakt zauważyli. Chociażby znakomity dokument o Franku Sinatrze wyszedł pod postacią dwuodcinkowego miniserialu. Sięgam po takie filmy raczej rzadko, bo wolę obejrzeć film nie dzieląc go na raty. Długość utworu nie stanowi dla mnie przeszkody, jeśli przypuszczam, że może być tego wart. Niemal każdy widział prawie czterogodzinną komedię "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", więc mimo wszystko uważam że wytrzymanie długiego filmu nie zalicza się do kategorii supermocy. Najdłuższe filmy jakie do tej pory widziałem to fenomenalne "Szatańskie Tango" Bela Tarra i "Florentina Hubaldo" Lava Diaza. W przypadku tych dzieł mam jednak wrażenie że są nieco rozwlekłe. Buduje to ich klimat, ale można im zarzucić to, że nie tracąc nic z treści sprawny montażysta skróciłby je o co najmniej godzinę. Inaczej sprawa ma się z niektórymi ponad trzygodzinnymi perełkami, "Lampart" Luchino Viscontiego czy "Mama i Dziwka" Jeana Eustache'a trwają odpowiednio 3h 25min i 3h 37min, a wycięcie chociaż minuty z każdego z tych filmów potraktowałbym jako zbrodnie przeciw kinematografii. Wracając do tematu: czemu sięgamy po długie filmy? Dlatego że długość filmu to żadna przeszkoda, a wiele tytułów jest tego warta. Co natomiast polecam jako długi film na początek? Na pewno coś z najbardziej znanych tytułów: "Lawrence z Arabii", "Dawno Temu w Ameryce" czy wymienione już wcześniej przygody Franka Dolasa na froncie II wojny światowej. Nie zaczynajcie od Lava Diaza, bo może was to zniechęcić do kina autorskiego, na długie lata.