11. Pięć Smaków Pełna Sala

Minął ponad tydzień od zakończenia 11. edycji Pięciu Smaków. Pora byście poznali naszą relację z wydarzenia. Prócz Adriana i Grześka, w naszym studio zagościł Krystian i razem staramy się ocenić jak podobał nam się kolejny wypad na ten festiwal. Z uwagi na długi czas trwania rozmowy, zdecydowaliśmy się podzielić podcast na dwie części. W pierwszej skupimy się na kwestiach organizacyjnych. Czy Warszawa to dobre miejsce na taki event? Jak przeżyć tak olbrzymią liczbę filmów? Czy aby na pewno jesteśmy kulturalnymi widzami? Te, oraz dziesiątki innych kwestii poruszamy w niniejszej audycji. Zaś w następnym podcaście usłyszycie już o samych filmach.

Spis treści:

0:00 Wstępniak
1:35 Intro i wstęp właściwy
2:58 Czym jest Pięć Smaków
7:45 Warszawa, jako miejsce na festiwal?
18:10 Promocja festiwalu, Pięć Smaków z różnych perspektyw, kwestie rozwoju festiwalu.
33:14 Jak funkcjonować na tak intensywnym festiwalu?
37:45 Muranów i Kinoteka
43:22 Sklepiki festiwalowe
50:36 Niespodzianki, konkursy, eventy?
54:21 Prelekcje i spotkania z twórcami
1:05:55 Czy jesteśmy nietaktownymi widzami?
1:13:04 Nagłe urwanie podcastu oraz outro

  • max plastic

    Muszę przyznać, że trochę dziwią mnie argumenty kolegi, który przyjeżdża z Rzeszowa (Adriana? Przepraszam, nie poznaje po głosie, słucham Was od niedawna, ale chyba kojarzę z FW). Jeśli chodzi o couch surfing to wydaje mi się, że to jest na tyle popularna opcja wśród młodych ludzi, że nie trzeba się zdawać na opcje zorganizowane przez festiwal. Są do tego odpowiednie strony, to dla tych, którzy chcieliby znaleźć coś za darmo. jest też coś takiego jak AirBnB, hostele nie są szczególnie tanie, na kilka dni to już się zrobi parę stówek. Bardziej dziwi mnie jednak tekst, który chyba padł już w odcinku sprzed roku (ostatnio go przesłuchałem), że godziny seansów są wieczorne i w ciągu dnia nie ma co robić jako przyjezdny. Sądzę, że Warszawa ma tyle ciekawych rzeczy do zobaczenia, że jest co pozwiedzać – jeśli ktoś jest zainteresowany i ma na to budżet. A jeśli nie to zawsze może siedzieć w pokoju 🙂 To nie jest wakacyjny festiwal, o czym słusznie wspominacie więc trudno, żeby seanse były codziennie przez cały dzień – choć w tym roku chyba było wiele seansów w ciągu dnia, aż tak dokładnie tego nie analizowałem, bylem raz na filmie o 13, a tak to wieczorami. Być może podchodzę do tego jako zwykły mieszkaniec miasta, który idzie na interesujący mnie film, a nie żeby chłonąć jakąś atmosferę i żyć tym festiwalem. Czegoś takiego nie ma tutaj, nie ma na WFF. Myślę, że w dużych miastach trudno o to. Na NH nigdy nie byłem i nie jestem z tych jeżdżących widzów, bo raczej czasu i środków brakuje tak więc nie analizuję tego tak szczegółowo. Nie chodzę na 20 filmów i nie przejmuje się tym, że coś mi się nie zgadza czasowo. W tym roku zobaczyłem 7 filmów, a i tak musiałem kombinować z godzinami, bo np jeden film o 15, a drugi o 20.30. W środku 3 godziny, a akurat tyle czasu nie chce mi się spędzać na mieście, bo już je znam 🙂 Do domu za daleko.
    Może jakiś klimat jest w mniejszych miastach, np na festiwalu w Kazimierzu, gdzie są seanse na samym rynku, jeśli dobrze kojarzę, miasto urokliwe. Albo w Cannes. Choć byłem tam o innej porze roku i muszę przyznać, że pomimo pięknej promenady to pałac festiwalowy jest okropnym budynkiem, zupełnie niepozornym i dużo robi tu magia czerwonego dywanu i te sesje z drugiej strony, gdzieś na tarasach, balkonach czy gdzie one tam są robione. W Warszawie wychodzę z kina i idę do domu albo do KFC vis a vis Muranowa 😉 Życie toczy się dalej. Po prostu nie uważam, żeby festiwal powinien wszystko widzom organizować, nocleg, restauracje itd – czasem to się zdarza i w porządku, ale ja osobiście tego nie potrzebuje. Natomiast nie wiedziałem i rozbawiło mnie to, że kiedyś tzw klubem festiwalowym był lokal Pies czy Suka. Ciekawy wybór, miejsce ze specyficznym wystrojem i bardzo drogimi drinkami. Sklepiki festiwalowe też mi za bardzo do szczęścia nie są potrzebne, gadżetów nie zbieram (co najwyżej bilety i ulotki o filmach, ale to leży zawsze i wszędzie), w zeszłym roku kupiłem książkę, wspomnianą Cichą eksplozję, torby nie są mi potrzebne, mam inne 🙂 Co najwyżej mógłbym kupić magnes na lodówkę, bo zbieram, ale jakoś zapomniałem.
    Ja osobiście uwielbiam Muranów i Kinotekę, to są urokliwe wnętrza i nie chciałbym, żeby Pięć Smaków przenosiło się gdzie indziej, a zwłaszcza do Multikina Złote Tarasy. Poza tym, że jest tam wyjątkowa sala nr 1 i ładne atrium czy jak to nazwać, to jest to kino niestety logistycznie słabe – a opuszczenie go po ostatnim seansie ok 23, gdy 800 osób musi wyjść z tej sali nr 1, dostać się na te wąskie schody, których jest jedna para i dwie windy, do tego na poniższych piętrach ustawiono słupki i taśmy, żeby nie przechodzić – to była logistyczna porażka. Gdyby był pożar to połowa by zginęła. Poza tym Pięć Smaków to nie jest aż tak duży festiwal, żeby musiał trafiać do Multikina. wydaje mi się, że w tym roku było 40 filmów, a na WFF dobrze ponad 100?
    Kino Muranów jeśli się nie mylę jest właśnością Gutek Film, który jest organizatorem NH. W środku przy tej kawiarni kiedyś były sprzedawane filmy, jakoś ostatnio nie zwróciłem uwagi i nie jestem pewien czy to były tylko filmy Gutek Film. Jeśli nie mają oni w swojej ofercie nic azjatyckiego, co pasowałoby do festiwalu, to też trudno żeby coś wystawiali. Inna sprawa, że wielu takich filmów na polskim rynku DVD nie ma. Osobiście marzę o kolekcji Wong Kar Waia na BR, ale tego nie ma w Polsce w ogóle.
    Co do prelekcji to nie jestem przekonany. Fajnie, że ktoś wychodzi i wita gości, ale nie da się ukryć, że czasem tłumaczą o czym jest film i jak go interpretować, w jakim kontekście umieścić – o tym pierwszym już wcześniej czytałem, a to drugie raczej lepiej odkrywać samemu.
    Z tłumaczami jest ten problem, że oni są raczej wzięci z ulicy, nie wiedzą za dużo o konkretnych filmach, twórcach i jeśli dany gość wymienia jakieś nazwisko, czasem łamaną angielszczyzną to tłumacz może mieć problem z powtórzeniem tego, bo raz że nie rozumie, a dwa że nie zna więc nie może w razie czego skorzystać z własnego doświadczenia. Choć największą wtopę zaliczyła tłumaczka na WFF na spotkaniu z francuską reżyserką filmu, w którym zagrał Wojciech Pszoniak. wiadomo, polski trudny język i ta kobieta strasznie łamała jego nazwisko, a tłumaczka widocznie nigdy nie słyszała o tym słynnym aktorze i palnęła jakieś nazwisko z czapy, bo brzmiało to jak Wojciech Woźniak albo coś takiego. Wtedy cała sala ryknęła „Pszoniak” i nie chciałbym być w skórze tej tłumaczki. Nie da się ukryć, że najlepiej po prostu znać angielski, bo więcej można zrozumieć, tłumacz nie jest w stanie przełożyć żartów i wszystkiego dokładnie. Na tym festiwalu podobało mi się spotkanie z twórcami Nocy Bangkoku, którzy są Japończykami i nie mówili po angielsku, a więc był tłumacz tego języka. Oczywiście nie mam pojęcia czy dobrze wykonał swoją pracę, ale sprawiał wrażenie niesamowicie cool faceta, robił to jakby od niechcenia, jakby to miał w małym palcu.
    Wchodzenia na film po rozpoczęciu, a zwłaszcza 15 minut przy pełnej sali, nienawidzę. Zwłaszcza gdy szuka miejsca, rozklada się, zasłania. Może to są tacy, którzy mieli inne seanse i jedli, ale to pewnie mniejszość. A może jestem dziwny, bo bardzo cenię sobie ogólną punktualność i nigdy się nie spóźniam, chyba że jest kataklizm komunikacyjny 🙂
    Strasznie się rozpisałem, ale w ostatnim czasie, gdy Was znalazłem, przesłuchałem relacje z zeszłorocznego festiwalu i z ostatniego WFF, zdziwiło mnie Wasze głębokie analizowanie tych festiwali, organizacji itd. Osobiście uważam, że to przesada i nie wiem czy to wymagało godziny, ale jak widać chyba się nudzę, bo wyszła mi taka odpowiedź 😉

    • Adrian Burz

      Witaj. Dzięki za komentarz, widzę że się nie zbyt często zgadzamy, ale cieszę się że jesteś uzbrojony w argumenty 🙂 „Dziwność” mych poglądów wynika na ogół z zupełnie różnych postaw wobec festiwali. Moja opinia nie jest mniejszością, a dla wielu osób festiwal stanowi wiele więcej niźli przegląd filmów. Praktykuję coś co można nazwać „turystyką filmową”. Nigdy nie podróżowałem w celach oglądania zabytków, poznawania ciekawostek geograficznych czy upajania się widokiem pięknych panoram. Jako fana kina, interesują mnie seanse. Jestem od lat zaskakiwany jak pięknie można je przyozdobić. Dodać prelekcje, zorganizować pokaz w plenerze, udekorować salę, przed seansem zrobić ciekawy performance, wyświetlić film z jakiejś wyjątkowej wersji… Dzięki takim dodatkom kino wciąż jest dla mnie czymś świeżym. A co ciekawe, organizatorzy różnych eventów starają się, by te urozmaicenia wpajać w życie. Jak mówiłem, 2 lata temu seanse były jedynie wieczorem (prócz weekendu). Teraz są od rana do późnej nocy (w pierwsze 5 dni) i jest ich więcej, a na wczesne pokazy jednak przychodzą widzowie. I to jest super opcja, a dzięki temu każdy „filmowy turysta” może przybyć w listopadzie o Warszawy dla festiwalu. Nie po to by szukać atrakcji jakie oferuje miasto, a by mieć tę jedną atrakcję, jaka go interesowała. No zwiedzałem 2 lata temu, znajdowałem inne zajęcia, ale szczerze mówiąc, dla mnie najważniejszy był fest i to co oferuje. Jeśli zachęci więcej przyjezdnych to chyba lepiej.

      Ja wspominałem, gdy jest jakaś potrzeba większej grupy widzów, to czemuż festiwal nie miałby się na nich otworzyć. Wszystkie sytuacje, jakie uznałem za krok w tył, były podyktowane tym, że kiedyś już Pięć Smaków miało daną ofertę, bądź inne festy ją miały. Owszem, może nie wszystkie były rentowne, ale na pewno te które wymieniliśmy nie zaszkodziłyby strasznie budżetowi. My tylko sugerujemy żeby czasami zaskoczono nas wystrojem, zagęszczono nieco klimat, pomyślano może o poszerzeniu oferty kawiarni, albo o zwiększeniu sklepiku. Maxie, gdyby obdarto festiwale na jakie jeździmy ze sklepów, gadżetów, miejsc spotkań, klimatu, wystroju, na pewno dużo byśmy stracili. Jak sam mówisz, nie tracisz nic, bo nie obchodzą Cię te kwestie. Ja natomiast sporo, bo gdyby festiwale były tylko miejscem gdzie przychodzę na film i idę do domu, nie poznałbym chociażby ludzi z którymi współtworzę portal oraz nagrywam podcasty. Anię, która pisze dla Pełnej Sali i można jej głos usłyszeć w naszym intro, znam właśnie z Pięciu Smaków. Marcina, naszego redaktora naczelnego także. Nie mówię, że trzeba patrzeć na to jak ja, ale zawsze będę promował takie podejście do tematu.

      I żeby nie było, w tej audycji wielu rzeczy nie krytykujemy. Na przykład wprost mówię, że couch surfing był w tamtym roku fajną opcją, lecz jeśli nie było chętnych, to rozumiem iż z tego zrezygnowano. Jak już pisałem, teraz to już regularny festiwal pod względem zagęszczenia seansów, co też chwalę. Nie oczekujemy żeby Gutek przywoził do Muranowa azjatyckie DVD, a jedynie zawiadamiamy, że niegdyś były do kupienia tam filmy dystrybutora What Else Films i nadal chętnie byśmy je kupili (zwłaszcza że do pełnej kolekcji brakuje mi 3 tytuły). Nie żądamy nowych opcji, doceniamy wiele tych które są, wspólnie dodajemy jednak gdzie podpatrzyliśmy inne i zwyczajnie opiniujemy. Nasza ogólna dyskusja ma przecież ogólnie pochwalny charakter. Zaś to co nadmieniamy, to sugestie, gdybanie, rozważania.

      W kwestii prelekcji, nazywam Pięć Smaków ideałem, właśnie dlatego, iż nigdy mi nic nie zaspoilerowali na wstępie. Za to dowiedziałem się sporo o tle historycznym „Boat People”, rozumiałem co robi mumia na środku pokoju w „Marlinie”, miałem okazję poznać szczegóły techniczne na temat dostępności filmu „Tajemnica” oraz jak odebrano ten film w latach premiery. To wszystko przygotowało mnie na seanse, za nic bym z tego nie zrezygnował.

      Zaś do tłumaczy podczas spotkań mam olbrzymi szacunek. To ciężka sprawa myśleć jednocześnie w dwóch językach i na bieżąco odpowiadać to co przed chwilą powiedziano. Wiem, że to ich robota, nie mogą jej wykonywać byle jak, ale też nie wymagam od nich nigdy olbrzymiej wiedzy w każdej dziedzinie. Mi samemu zdarza się przekręcać nazwiska, a co dopiero gdy reżyser z którym przeprowadza się wywiad wypluwa je w tempie karabinu. Osobiście podziwiam tę pracę, tym bardziej też doceniam że „pięciosmakowi” tłumacze wywiązywali się ze swych zadań świetnie. Nie pamiętam wielkiej wtopy w ich wykonaniu. To że skracali wypowiedzi, to standard, któż by to wszystko zapamiętał.

      Jestem osobą punktualną. Można popytać moich znajomych. Sęk w tym, że to wszystko tu było poukładane tak bardzo na styk, że my się staraliśmy przetrwać 😀 Nawet nieco niezręcznie tłumaczymy, bo czujemy się z tym źle. Ja nawet powiem szczerze, że robiłem coś gorszego niż spóźnienie na film, bo tego nie zrobiłem ani razu w sumie. Spóźniałem się na 3 prelekcje i martwię się, czy nie rozproszyłem osób mówiących. Ale cóż zrobić? Organizmu nie oszukasz. Czasami trzeba zjeść przed seansem, a czasami nawet wyjść podczas. Myślę, że nie zniszczy nikomu to tak bardzo seansu. W normalnych warunkach się nie spóźniam.

      A co do naszego rozprawiania o kwestiach organizacyjnych. To rzecz o której jak sam widzisz, masz bardzo wiele do powiedzenia. My też. Zwłaszcza jako portal, który festiwale uwielbia. Do tego, skoro teraz gruntownie omówiliśmy kwestię kin i miasta, to w przyszłym roku przynajmniej już nie położymy na nie takiego nacisku. Choć, kto wie, może pojawią się inne rzeczy do obgadania.

      Jeszcze raz dzięki, za komentarz i zapraszamy na piwo, na następnych warszawskich festiwalach. Może i w dzień biegamy jak szaleni od kina do kina, ale po ostatni seansie udaje nam się przysiąść już spokojnie i napić.

  • Pingback: Cinema Post Cast #49: 11. Pięć Smaków - relacja, cz. II - Pełna Sala()