Śmierć dyskotece! – recenzja filmu „Climax”

Śmierć dyskotece! – recenzja filmu „Climax”

Po pierwszych pokazach filmu “Climax” w Cannes, świat obiegły opinie, że Gaspar Noé nakręcił mariaż “La La Landu” z “Salo, czyli 120. dniami Sodomy”. Choć ostatecznie te porównania nie do końca oddają esencję dzieła, muszę przyznać, że tak angażującego połączenia tańca i przemocy jeszcze nie widziałem. Oto impreza jakiej nigdy nie zapomnijcie!

Przenosimy się do lat 90. Czasów, kiedy w klubach z muzyką elektroniczną królował m.in. Daft Punk, Soft Cell i Aphex Twin. Już od pierwszej sceny reżyser w typowy dla siebie sposób rozpoczyna grę z widzem. Wita nas widok ciężko rannej kobiety, ostatkiem sił czołgającej się po śnieżnej pustyni oraz informacja, że historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach z 1996 roku. Za chwilę niespodziewanie wjeżdżają napisy końcowe. Witajcie w świecie Gaspara Noé, miejscu, gdzie zasady to mrzonka.

Zanim rozpocznie się taniec życia i śmierci, poznajemy jego uczestników poprzez  wyświetlane na kineskopowym telewizorze wywiady, na wzór reality show rodem z MTV.  Noé z miejsca ujawnia swoje inspiracje. W kadrze rzuca się w oczy ustawiony na półce stos kaset VHS z takimi tytułami jak wspomniane “Salo”, “Harakiri”, “Suspiria” czy “Opętanie”. Pozostaje tylko typować, jakiego rodzaju piekło zgotuje swoim bohaterom, a wytrawny kinoman znajdzie podczas seansu nawiązania do większości z przedstawionych tytułów (o ile ze względu na intensywność doznań będzie w stanie się na nich skupić). Impreza właściwa wita nas perfekcyjną choreografią (ekipa aktorska z Sophią Boutellą na czele to profesjonalni tancerze) i elektryzującymi dźwiękami “Supernature” Marca Cerrone, a widz z miejsca przenosi się na parkiet, zapominając, że znajduje się w sali kinowej. Po efektownym, swoistym dance battle przychodzi czas na ekspozycję. Mamy do czynienia z grupą taneczną, która z okazji zakończenia warsztatów urządza imprezę w ogromnej szkole z akademikiem. Z pijackich dialogów dowiadujemy się trochę więcej o jej członkach i ich wzajemnych relacjach, które opierają się przede wszystkim na tym, kto się z kim przespał, a kto z kim dopiero ma zamiar. Słuchając przydługich tyrad o seksie analnym, przyłapuję się na tym, że życzę bohaterom jak najgorzej, lecz nawet nie podejrzewam, że szybko odszczekam te myśli. Kiedy na ekranie pojawia się kilkuletni syn gospodyni imprezy, mocno zaniepokojony wiem już, że Noé nie omieszka wykorzystać go jako strzelbę Czechowa. Cyniczny drań!

Z czasem niepokój narasta, dialogi stają się coraz bardziej paranoiczne, a sekwencje taneczne – transowe. W momencie, w którym w filmie zaczynają pojawiać się wzajemne oskarżenia o dosypaniu czegoś do pitej przez wszystkich sangrii, podejrzliwie spoglądam na trzymaną w rękach kawę. Nie mam pojęcia, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie czuję się już biernym odbiorcą, a uczestnikiem tego spędu. Zostaję zakładnikiem DJ-a Gaspara, gdy ten niespodziewanie zamienia balangę w koszmar, bez możliwości ucieczki. Bad trip niczym zły sen, z którego nie można się wybudzić.

Co ciekawe, tym razem reżyser nie ucieka się do skrajnego naturalizmu, żeby osaczyć i obezwładnić. Nikt nikomu nie rozłupuje czaszki gaśnicą, nie strzela też ejakulatem w publiczność. Niespotykany poziom immersji osiąga dzięki wnikliwej obserwacji zachowań krzyczących w panice, agresywnych czy po prostu mocno odurzonych bohaterów. Najczęściej towarzyszymy im, kiedy biegną wąskimi korytarzami na długich, dynamicznych ujęciach. Dochodzi do tego praca kamery imitująca ruchy ludzkiej głowy, neonowo-stroboskopowe światło oraz ciężki bas, permanentnie drylujący uszy i rozsadzający trzewia. Wszystko odbywa się bez wchodzenia postaciom do głowy i wizualizowania ich halucynacji za pomocą efektów specjalnych. Noé obiera perspektywę obserwatora, więc wystarczy, że widzimy wykrzywione pozy, miotanie się w konwulsjach i słyszymy nieludzkie jęki. Wrażenie porównywalne z najbardziej zaawansowanymi grami w technologii VR. Im bardziej wszystko eskaluje, tym częściej kątem oka patrzę na grupki opuszczające seans. Sam też mam pokusę, żeby zachować się zupełnie nieprofesjonalnie i wymknąć po angielsku. To po prostu zbyt intensywne doznania na moje skołatane nerwy.

Trudno jest rozpatrywać “Climax” w kategoriach, w jakich zwykliśmy oceniać filmy. To dzieło, któremu mógłbym śmiało wystawić zarówno najwyższą, jak i najniższą notę. Z jednej strony to doświadczenie absolutne, robiące  wrażenie porównywalne z rzekomą ucieczką ludzi z kina podczas projekcji “Wjazdu pociągu na stację w Ciotat”, kiedy X muza była w powijakach. Najniższą, bo równie dobrze można to uznać za afabularne hochsztaplerstwo, drwiny z oglądających i nic niewartą sztuczkę. Psychodeliczny odpowiednik łzawych melodramatów stosujących emocjonalny szantaż. Co znamienne, sam reżyser, który jest zainteresowany przede wszystkim przekraczaniem filmowych granic, sprawiał wrażenie rozczarowanego stosunkowo ciepłym przyjęciem filmu w Cannes i zażartował, że być może tym razem zrobił coś nie tak.

Miłośników party movies przestrzegam, że nie jest to w żadnym stopniu obraz pochodny choćby “Projektowi X”. Istnieje szansa, iż po seansie może na dobre odechcieć się intensywnego imprezowania, szczególnie w niezaufanym towarzystwie. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że Argentyńczyk przypadkowo nakręcił film interwencyjny, ku przestrodze. Niezależnie od tego, czy Wasze doświadczenie zakończy się tytułowym climaxem, czy traumą wymagającą konsultacji psychiatrycznych, warto dać się zamknąć na półtorej godziny w kinie. Najlepiej bez możliwości ucieczki.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

Climax

Tytuł oryginalny: „Climax”

Rok: 2018

Gatunek: muzyczny, horror

Kraj produkcji: Francja

Reżyser: Gaspar Noé

Występują: Sofia Boutella, Roman Guillermic, Souhelia Yacoub i inni

Dystrybucja:
Gutek Film

Ocena: 4/5