Cannes

Strona oferująca oglądanie filmów przez Internet najpierw zgłosiła swoje produkcje do uczestnictwa w prestiżowym francuskim festiwalu filmowym, a potem zapowiedziała, że nie będzie ich prezentować nigdzie poza własną platformą. A to oznacza, że nie zobaczymy ich w kinie. To zdenerwowało właścicieli festiwalu oraz jury, które miało w tym roku wybrać zwycięzcę. Zapowiedzieli, że taki tytuł u nich nic nie wygra, a w przyszłym roku nawet nie dopuszczą takiego dziwactwa do uczestnictwa w konkursie. Jedni toczą pianę, inni wzruszają ramionami, a ja pytam: czy dystrybucja ma znaczenie?

Od jakiegoś czasu mieszkam w małym mieście, liczącym sobie 20 tysięcy mieszkańców. Tutaj nie ma kina. Najbliższe jest w innym mieście, oddalonym o pół godziny busem. Niestety, to kino ma zaledwie jedną salę. A w związku z tym dystrybucja wygląda tam dosyć dziwnie ("Sprzedamy ci tę animację, ale nie możesz puszczać na tej samej sali w tym czasie innej bajki dla dzieci poza naszą" albo "Sprzedamy ci nasz film, ale na miesiąc. Nie dłużej, nie krócej" - więc puszczają tylko ten jeden film przez 30 dni). Najczęściej nie ma tam tego, co ja bym chciał z premier obejrzeć, a jeśli już jest to tak późno, że nie miałbym jak wrócić po seansie - musiałbym tam zostać na noc, bo odjechał mi ostatni autobus. Kolejne kino jest już w mieście wojewódzkim, oddalonym o półtorej godziny w jedną stronę. I tam też są problemy, inne niż wymienione. Ot, choćby premiery mogą następować w tydzień po tej oficjalnej polskiej. Dlaczego? Może moje województwo jest w innej strefie czasowej, nie wiem. Oczywiście, jeśli w ogóle następują. Wiele produkcji wchodzi na nasz rynek z ilością kopii, które można policzyć na palcach jednego aligatora. Dlatego tak naprawdę dla kinomanów na mapie Polski jest tylko garść miast, w których warto żyć. Spośród blisko 2500 gmin.
 
Powyższy akapit to odpowiedź na słowa pana Almodovara, przewodniczącego jury w tegorocznym Cannes, który nie chciał nagrodzić filmów dystrybuowanych wyłącznie cyfrowo, bo to pozbawia widza pełnego doświadczenia. My już i tak jesteśmy go pozbawieni. Nie martw się o nas. Zbuduj nam lepiej jakieś kino. A potem je zamknij po miesiącu lub dwóch, bo nikt nie będzie tam chodził. Bo ludzie nie interesują się kinem w małych miastach. Takie są prawa rynku. W całej Europie, i poza nią pewnie też.
 
Jednocześnie bardzo łatwo jest mi zrozumieć postawę reżysera "Kiki" i "Złego wychowania". Oglądanie w kinie jest przecież wyjątkowym doświadczeniem, i jeśli miałbym wybór gdzie oglądać, to właśnie w kinie. Tam każdą produkcję się chłonie, tam czas inaczej płynie, tam nasz organizm inaczej reaguje. W domu każdy seans przerywam, na sali kinowej nigdy się nie nudziłem (no, kiedyś, jak oglądałem argentyński "Cień" z 2006 roku, ale to był strasznie statyczny tytuł). Siedzenie na sali jest doświadczeniem również duchowym, i porzucenie go na rzecz oglądania w domu, z telefonem w ręku i powiadomieniami w tle, w jasno oświetlonym pomieszczeniu gdzie dzieci i psy upodabniają się do siebie nawzajem, gdzie pralka w tle szumi, a sąsiad słucha disco-polo, gdzie filmy połyka się jak seriale, jeden za drugim... Pedro Almodovar i reszta nie chcą się na to zgadzać, chcą z tym walczyć. To oczywiste. Ale, do diaska, nie tędy droga!
 
Wciąż pamiętam jak mały Garret płacił za seans 13 złotych. Wizyta w kinie zaraz po szkole, byłem sam na sali - warunki idealne. Ale gdy po sali biegają dzieci, ludzie kładą swoje stopy obok moich uszu, gadając przy tym o egzaminie z matematyki i jaki z tej nauczycielki damski narząd płciowy do kwadratu jest... To ja wolę już oglądać we własnym zaciszu. W fotelu za pięć stów, na monitorze za sześć i słuchawkami za ponad trzy. I na stronie, gdzie wypożyczyłem ten sam tytuł za niewiele ponad 10 złotych. Legalnie. Bez reklam. Albo wykupiłem abonament za trzykrotność tego. Kulturalnie i z szacunkiem do oglądanego tytułu mogę obchodzić się w samotności. Tak, umiem to. Teraz nie będę się rozwodził na tym, w jaki sposób się tego nauczyłem. Ale nie miał w tym udziału żadna z produkcji Almodovara, Willa Smitha, Jessici Chastain (no, może "Take Shelter", ale to zasługa Nicholsa i Shannona) i kto tam jeszcze zasiadał w tegorocznym jury. Mam nadzieję, że zwycięzca ("The Square") będzie zaliczał się do tej kategorii. Jak myślicie?
 
Nie chcę podejrzewać, że to spisek pseudo-biznesmenów, którzy lobbują za określonymi metodami dystrybucji i bronią się nieuczciwymi metodami przed konkurencją Netflixa, Amazon Prime i reszty. To może być prawda, ale co z tego? Ja dalej będę oglądał filmy na swoim komputerze. Nie chcę tylko, aby ktoś mówił mi, że robię w ten sposób coś złego, i odbierał komuś innemu możliwość odebrania nagrody za swój tytuł bo postanowił dystrybuować go inaczej, niż ktoś uważa za właściwe. To tak jakby na Oscarach wykluczyć "Manchester by the Sea", bo wprowadzono ten film na polski rynek w ilości 10 kopii.
Pomyłka, Dystrybucja,
Dobre zdjęcia można robić telefonem, do pracy dojechać rowerem odziedziczonym po dziadku, a filmy oglądać z szacunkiem nawet w domu. I zamiast negować na zapas, nakręćcie lepiej film, który będzie zasługiwać, aby oglądać go w skupieniu. Dobrze to reprezentuje niedawna sytuacja, kiedy to z przyjaciółmi oglądaliśmy słabe filmy. Śmialiśmy się, kręciliśmy głową i gadaliśmy, krzyczeliśmy, wychodziliśmy podczas seansu do ogrodu, by kopać piłkę. Ale chwilę potem zawołałem do znajomego: "Hej, obejrzałem niedawno taki film i chcę, abyś zobaczył jedną scenę z niego". To była "Lady Eve" z 1941 roku. Dosiadło się też kilku innych ludzi. To był słoneczny poranek, różne owady latały wokół, drzwi były otwarte na taras, a za głośnik służył mój tani laptop. Ale wszyscy w tej grupie zamilkli na tych parę minut. Jeszcze chwilę wcześniej tworzyli jednocześnie trzy różne ścieżki dźwiękowe do słabej produkcji, ale kiedy zobaczyli coś, co ma klasę i czar, oglądali to w ciszy i poświęcili mu pełną uwagę. Da się. To wszystko zależy od widza. Nie uczą tego w szkole ani w domu, ale tam niewiele uczą i tak. Spróbujcie lepiej tej metody.
 
                                        Garret Reza
  • Garpik

    Głos Almodovara wydaje się być uzasadniony tym, że twórcy tracą na tym finansowo i namacalnie (zwyczajnie nie mogą przyjść na seans podejrzeć jak reaguje publika w danych momentach filmu czy inne pobudki dyktowane artystyczno-estetyczną wrażliwością), że ich tytuł nie jest dystrybuwany tradycyjną drogą.
    Jednak najważniejsze prawo decydowania powinien mieć w tej sprawie potencjalny widz, który na podstawie swojego zainteresowania zadecyduje co obejrzeć gdzie. Dystrybutor mógłby podjąć decyzję wypuszczenia filmu w kinie na podstawie wcześniejszego zainteresowania opinii publicznej (dla widzów niecyfrowych też znajdą są sposoby: może przeprowadzanie okresowych sond ulicznych czy ankiet w kinach). Z tego co obserwuję w Polsce są grupy, które chodzą do kina a nie wyglądają na takich co wybierają Netflixa (choćby emeryci czy tradycjonaliści). Z drugiej strony są grupy, które wybiorą często media cyfrowe, bo nie czerpią znaczącej przyjemności z przebywania na jednej sali z grupą obcych ludzi (czy ruszania się z domu i przebijania przez miasto, ponosząc dodatkowe wydatki – czas i pieniądz). Wolą obejrzeć w skupieniu w domu (często mają do tego komfortowe warunki) w towarzystwie bliskich osób, z którymi mają ochotę zweryfikować swoje poglądy. Czynią wieczorny seans w domowym zaciszu momentem wytchnienia po ciężkiej pracy. Znam takie osoby i wiem, że wszystko jest kwestią gustu – tego jak wolisz spędzać czas (abstrahując od wizji kinofila lubującego się w ogromie wrażeń płynących z seansu kinowego). Takie są realia.