Cannes 2019 – prognozy i oczekiwania

Cannes 2019 – prognozy i oczekiwania

Właśnie rozpoczęła się 72. edycja Festiwalu Filmowego w Cannes, uznawanego za najważniejszy na świecie. W dniach 14-25 maja oczy wszystkich kinomanów zwrócone będą w stronę niewielkiego miasta na Lazurowym Wybrzeżu. Spośród wielu sekcji największe emocje wzbudza walka o Złotą Palmę w konkursie głównym, do której w tym roku przystąpi 21 filmów. Zwyczajem Pełnej Sali zaangażowaliśmy całą redakcję, aby przybliżyć Wam sylwetki tegorocznych uczestników. Zapraszamy do lektury i typowania swoich faworytów.

„Ból i blask”

reżyseria: Pedro Almodóvar

występują: Penélope Cruz, Antonio Banderas i inni
gatunek: dramat
kraj: Hiszpania

Pedro Almodóvar jest twórcą, którego naszym czytelnikom z pewnością przedstawiać nie trzeba. Ikona hiszpańskiej kinematografii, jeden z pionierów kina LGBT, odkrywca talentów takich aktorów jak Antonio Banderas czy Penélope Cruz, laureat między innymi Oscara, nagrody BAFTA, Złotej Palmy czy Europejskiej Nagrody Filmowej, po prostu jeden z największych współczesnych twórców. W tym roku już po raz szósty będzie starał się o zwycięstwo w głównym konkursie. Do tej pory nie udało mu się tego osiągnąć, mimo to z pewnością Lazurowe Wybrzeże dostarcza temu twórcy wielu ciepłych wspomnień. Podczas pierwszego udziału w słynnej francuskiej imprezie jego kontrowersyjny dramat „Wszystko o mojej matce” został nagrodzony przez Jury Ekumeniczne, a sam Almodóvar otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię. Po raz kolejny Hiszpan wziął udział w tej imprezie w 2006 roku, kiedy to jego „Volver” został doceniony za najlepszy scenariusz; oczywiście, jak zawsze w karierze Pedra, był to jego autorski tekst. Od czasu swojej ostatniej nagrody twórca „Zwiąż mnie” prezentował w Cannes jeszcze trzy filmy: „Przerwane objęcia”, „Skórę, w której żyję” i „Julietę”, jednak żaden z nich nie zaskarbił sobie szczególnej sympatii Jury.

Jego najnowszy film „Ból i blask” jest historią Salvadora Mallo, reżysera filmowego zbliżającego się do schyłku kariery. Na skutek przypadkowego spotkania z dawnym kochankiem mężczyzna zaczyna wspominać całe swoje życie, relacje z matką, początki filmowej pasji czy młodzieńcze romanse. Pierwsze opinie dziennikarzy, którzy byli na hiszpańskiej prapremierze, mówią niemal jednogłośnie, że mamy do czynienia z najbardziej autobiograficznym dziełem w całej karierze Almodóvara. Poza nawiązaniami do życia prywatnego twórcy „Ból i blask” ma korespondować z jego wcześniejszymi dziełami, co zdradza już sama obsada, złożona chociażby z wcielającego się w główną rolę Antonio Banderasa czy grającej jego matkę (oczywiście jedynie w retrospekcjach z wczesnego dzieciństwa bohatera) Penélope Cruz. W internecie jest już dostępny zwiastun produkcji. Nie zdradza on wiele z fabuły, ale wprowadza widza w nastrój utworu bardzo lirycznego, nostalgicznego i pełnego emocji. Biorąc pod uwagę dorobek Pedro Almodóvara i doniesienia o tym, że „Ból i blask” można niejako traktować jako podsumowanie całej jego kariery, nie zdziwiłbym się, gdyby Jury postanowiło ten film nagrodzić, tak jak rok temu doceniono „Jean-Luc Godard. Imaginacje”. Fani Hiszpana mogą już zacierać ręce w oczekiwaniu na polską premierę, gdyż prawa do najnowszego dzieła reżysera jeszcze przed festiwalem nabył Gutek Film.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

„Il traditore”

reżyseria: Marco Bellocchio

występują: Pierfrancesco Favino, Luigi Lo Cascio i inni 
gatunek: dramat
kraj: Włochy / Francja / Niemcy / Brazylia

Marco Bellocchio, blisko 80-letni mistrz włoskiej kinematografii, już siódmy raz zakwalifikował się do konkursu głównego Festiwalu w Cannes, gdzie w 2002 r. zdobył nagrodę Jury Ekumenicznego za film „Czas religii”. Nie jest on może gwiazdą światowego kina, ale twórcą szanowanym, od lat nagradzanym i nominowanym na rozlicznych festiwalach. Może się on pochwalić m. in. imponującą liczbą dziesięciu nagród na Festiwalu w Wenecji, a także czterema na Berlinale i jedną statuetką Europejskiej Akademii Filmowej oraz trzema zwycięstwami w Locarno. Od swojego debiutu w 1965 r. („Pięści w kieszeni”) w kolejnych realizowanych przez siebie filmach krytykuje hipokryzję i różnego rodzaju wynaturzenia życia społecznego i politycznego („Chiny są blisko” z 1967, „Witaj, nocy” z 2003), a nade wszystko rodzinnego („Skok w pustkę” z 1980, „Śpiąca królewna” z 2012). Zdarzało mu się również piętnować nadużycia w życiu Kościoła („W imię ojca” z 1971, „Czas religii” z 2002), mediów („Dajcie sensację na pierwszą stronę”B 1972), wojska („Marsz triumfalny”, 1976) i wymiaru sprawiedliwości („Wyrok”, 1991) oraz konfrontować się z bolesnymi kartami historii Włoch („Zwycięzca”, 2009).

W swoim najnowszym filmie „Il traditore” (czyli „Zdrajca”) mierzy się z wyjątkowo trudnym tematem, jakim jest zorganizowana przestępczość we Włoszech. Przedstawia opartą na faktach historię Tommaso Buscetty (w tej roli Pierfrancesco Favino), pierwszego sycylijskiego mafioso, który w latach 80. został informatorem policji. Film rozpoczyna się w chwili jego aresztowania w Brazylii i ekstradycji do Włoch, by skupić się na procesie oraz relacjach gangstera z sędzią Giovannim Falconem, którego gra Fausto Russo Alesi. Film wejdzie do włoskich kin 23 maja, dokładnie w 27. rocznicę zorganizowanego przez mafię sycylijską zamachu w Capaci, który stał się kulminacyjnym wydarzeniem przedstawionych w filmie wydarzeń. Historia ta, zgodnie z zapowiedziami reżysera, staje się dla niego pretekstem do podjęcia kolejnej próby diagnozy społecznej oraz obnażania mechanizmów psychologicznych właściwych jednostkom i grupom społecznym. Bellocchio twierdzi również, że filmem tym próbował przełamać schematy prezentowania Sycylijczyków w kinie i telewizji. Za zdjęcia do filmu odpowiedzialny jest Vladan Radovic („Zwariować ze szczęścia”, „Nadmiar łaski”), a muzykę napisał Nicola Piovani („Ginger i Fred”, „Życie jest piękne”, filmy Nanniego Morettiego).

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar

„Gisaengchung”

reżyseria: Bong Joon-ho

występują: Song Kang-ho, Lee Sun-kyun i inni
gatunek: dramat
kraj: Korea Południowa

Rok 2003 należał do koreańskiego kina. Kraj, który właściwie nigdy (może poza słynną „Pokojówką” z 1960 roku) nie wzbudzał większego zainteresowania wśród zachodniego widza kinowego, nagle dał nam „Oldboya” Park Chan-wooka, słynne dzieło Kim Ki-duka „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” i „Zagadkę zbrodni” Bonga Joon-ho. Jak się okazało, nikt tak jak Koreańczycy nie potrafi zajmująco łączyć kina artystycznego z komercyjnym.

Pełnometrażowy debiut Bonga, „Szczekające psy nigdy nie gryzą” z 2000 roku, nie zyskał większego rozgłosu, jednak pozytywne przyjęcie przez krytyków zapewniło mu udział w festiwalach w San Sebastián i Hongkongu. Pełnię twórczego stylu udało mu się rozwinąć we wspomnianej „Zagadce zbrodni”, za którą otrzymał Srebrną Muszlę za reżyserię i nagrodę FIPRESCI w San Sebastián. Ambitny kryminał zyskał uznanie zarówno wśród dziennikarzy, jak i widowni. Ponownie korzystając z gatunkowych prawideł i nasycając film typowym dla siebie czarnym humorem i komentarzem społecznym Bong w 2006 roku rozbił koreański box office olbrzymim hitem, jakim stał się „The Host: Potwór”. Sukces „Zagadki zbrodni” pozwolił mu pozyskać większy budżet, dzięki czemu efekty specjalne nie odstawały od tych z amerykańskich filmów. Był to również pierwszy obraz twórcy, który zadebiutował na festiwalu w Cannes. Trzy lata później za sprawą „Matki” Bong trafił zaś do sekcji Un Certain Regard. Reżyser zawsze jednak kroczył swoimi ścieżkami i ku zaskoczeniu wszystkich zdecydował się na anglojęzyczny debiut. W „Snowpiercerze: Arce przyszłości” obok stałego współpracownika Songa Kang-ho wystąpili m.in. Chris Evans i Tilda Swinton. Nie mniejszym zaskoczeniem okazała się „Okja”, która stała się jednym z pierwszych znaczących filmów Netflixa, wywołując jednocześnie burzliwą dyskusję w Cannes, gdy przewodniczący jury Pedro Almodóvar obwieścił, że nie potraktuje filmów przeznaczonych bezpośrednio na VOD na równi z pozostałymi z konkursu głównego.

„Gisaengchung” („Parasite”) to powrót Bonga do w pełni koreańskiego kina. Główną rolę gra ponownie Song Kang-ho, a obok niego w obsadzie mamy młodego gwiazdora Choi Woo-shika („Okja”, „Zombie express”) i znanego w Polsce ze współpracy z Hongiem Sang-soo Lee Sun-kyuna. Z opisów nie wiemy jeszcze o fabule zbyt wiele, a film określany jest po prostu jako dramat. Wiadomo, że w centrum historii zobaczymy dwie rodziny o różnym statusie materialnym, które zbliży do siebie niespodziewany wypadek. Jako że koreański reżyser nie zwykł tworzyć łatwych do zapomnienia filmów, jesteśmy co najmniej dobrej myśli. Mimo iż sam twórca nie daje sobie większych szans na Złotą Palmę, mówiąc, że jego film może być trudny w odbiorze dla ludzi Zachodu, przeczuwamy, że jury może chcieć wynagrodzić Bongowi aferę z „Okją”. Niezależnie jednak od rozdania nagród, polską premierę mamy już zapewnioną, ponieważ film został kupiony przez Gutek Film. Już się nie możemy doczekać.

Krystian Prusak
Krystian Prusak

Le jeune Ahmed

reżyseria: Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne

występują: Idir Ben Addi, Olivier Bonnaud i inni
gatunek: dramat
kraj: Belgia / Francja

Belgijscy portreciści współczesnej klasy robotniczej i prekariatu są aktywni w przemyśle filmowym od lat 70., kiedy założyli wytwórnię Derives, przeznaczoną do finansowania zaangażowanych dokumentów. Ich pierwsze fabuły pozostają nieodkryte, ale już ambiwalentny moralnie obraz życia w przemysłowej dzielnicy Liège i wyzysku imigrantów pt. „Obietnica” zebrał wiele z najbardziej prestiżowych europejskich nagród. Jednak prawdziwym odkryciem okazała się, nakręcona w całości „z ręki” i pozbawiona ścieżki muzycznej, naturalistyczna „Rosetta”, której poruszający obraz alienacji i upokorzenia na samym dole społecznego łańcucha pokarmowego zapewnił braciom Dardenne ich pierwszą Złotą Palmę za najlepszy film, pokonując w konkurencji m.in. filmy Lyncha, Jarmuscha, Caraxa i Almodóvara. W kolejnych dziełach bracia potwierdzili swój status twórców niezwykle wrażliwych na ludzkie dramaty, doskonale pracujących z aktorami (Złota Palma dla Oliviera Gourmeta za „Syna”) i charakteryzujących się bardzo rozpoznawalnym rytmem opowiadania i pracą kamery (stałe współprace z autorem zdjęć Alainem Marcoenem i montażystką Marie-Hélène Dozo). Inteligentne i wyrozumiałe nakreślanie problemów młodzieży i pokolenia wchodzącego w dorosłe życie (nagrodzone w Cannes za najlepszy film „Dziecko” czy „Chłopiec na rowerze”) oraz przywiązanie do bohaterek kobiecych, złożonych i wewnętrznie skonfliktowanych — „Milczenie Lorny”, „Dwa dni, jedna noc” i „Nieznajoma dziewczyna” — to kolejne symptomy, po których bez problemu rozpoznamy filmy braci Dardenne.

„Le jeune Ahmed” wydaje się filmem odważniejszym niż jakikolwiek z dotychczasowych obrazów braci. Tytułowy młody Ahmed (Idir Ben Addi) to trzynastoletni chłopiec z bardzo religijnej rodziny imigrantów. Rozdarty pomiędzy ortodoksyjnymi ideałami imama a młodzieńczą potrzebą buntu, przejawia niebezpieczne zainteresowania literalną interpretacją nauk Koranu i planuje morderstwo swojego nauczyciela. Sami bracia utrzymują, że ich zamiarem nie był film stricte o radykalizacji, choć zdają sobie sprawę, że tak w pierwszej kolejności będzie interpretowany. Widzom zalecają przyjście na film z otwartym umysłem, by po prostu obejrzeć historię pewnego chłopca, którą bardzo chcieli opowiedzieć.

dawid smyk
Dawid Smyk

Roubaix, une lumière

reżyseria: Arnaud Desplechin

występują: Léa Seydoux, Sara Forestier i inni
gatunek: dramat kryminalny
kraj: Francja

Arnaud Desplechin w swoich realistycznych dramatach nie szczędzi bohaterom okropności, jakie zsyła życie. Gorzki posmak egzystencji nieustannie przełamuje słodki posmak przewijającej się miłości i naturalny humor. Perfekcyjny gawędziarz wypełnia swoje fabuły wyraźnymi emocjami. Kolejne minuty dostarczają tyle treści, co karty wypełnionej detalami powieści. Niestraszna im złożoność rozterek niewiast, a jest tym niełatwy proces uświadamiania kobiecości przez tytułową bohaterkę „Esther Kahn”. W „Świątecznej opowieści” okres Bożego Narodzenia jest powodem, by nie tylko weselić się, ale również pokłócić i powrócić z banicji na łono rodziny. W komediodramacie „Królowie i królowa” Francuz równolegle prowadzi historie dwóch różnych postaci: wydelikaconej „księżniczki” Nory i jej byłego męża, narcystycznego Ismaëla. Ich bliźniacze charaktery mają ze sobą wiele wspólnego. Spod warstwy cierpienia i straty, jakich oboje doświadczają, wyłania się powoli prawda o ich samych. Do pokładów współczucia u widza dochodzi wtedy poczucie irytacji, które wywołuje widok egoistów zapatrzonych w siebie.

Z thrillerem policyjnym „Roubaix, une lumière” Desplechin pojawi się w canneńskim konkursie głównym po raz piąty. Współautorką scenariusza jest Léa Mysius, reżyser filmu „Ava”, zwycięzcy 4. edycji festiwalu Scope100. Tym razem już nie z Matthieu Amalrikiem, ale w towarzystwie Roschody Zem i Léi Seydoux, Francuz udaje się na jedną noc do miasta, w którym dorastał. Spędzi tam Boże Narodzenie z miejscowym komendantem policji i uzależnionymi od alkoholu sąsiadami ofiary, staruszki zamordowanej przez dwie młode kobiety. Desplechin decyduje się tym samym sportretować status kobiet zagubionych we współczesnym świecie naznaczonym nędzą, kłamstwem i chaosem.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska
Nan Fang Che Zhan De Ju Hui

„Nan Fang Che Zhan De Ju Hui”

reżyseria: Diao Yi’nan

występują: Hu Ge, Liao Fan i inni
gatunek: dramat kryminalny
kraj: Chiny / Francja

Rozstrzygnięcie konkursu głównego Berlinale w lutym 2014 nieco zszokowało tych, którzy śledzili festiwal z oddali. Jury pod przewodnictwem amerykańskiego producenta Jamesa Schamusa zdecydowało się przyznać Złotego Niedźwiedzia (a ponadto nagrodę dla najlepszego aktora) chińskiemu filmowi „Czarny węgiel, kruchy lód”. Była to utrzymana w konwencji neo-noiru opowieść z doskonałą rolą Liao Fana („Najczystszy jest popiół”). Reżyser Diao Yi’nan umiejętnie połączył surowy ton (wielu widzów męczyło tempo utworu) z kunsztowną stroną wizualną (śnieżne krajobrazy zestawiane z neonowymi restauracjami) i sprawną inscenizacją (śliczna klamra kompozycyjna, pamiętna scena u fryzjera). To wystarczyło, by pokonać Wesa Andersona, Alaina Resnais, Richarda Linklatera czy Yôjiego Yamadę. Twórca z Państwa Środka nie był bynajmniej debiutantem, choć przesadą byłoby stwierdzenie, że do Niemiec jechał jako faworyt czy ktoś więcej niż egzotyczny gość. Dla festiwalowych insiderów nie był jednak anonimowy. Absolwent Akademii Sztuk Teatralnych w Pekinie wcześniej popełnił zaledwie dwa filmy, choć zaistniał najpierw jako scenarzysta „Łaźni” (1999) Zhang Yanga – zauważonego m.in. w Toronto, Salonikach czy San Sebastián. Już debiut Diao, „Uniform” (2003) nie przeszedł bez echa. Podbił festiwal w Vancouver (jedna z pięciu największych imprez w Ameryce Północnej specjalizująca się zresztą w produkcjach z Azji Południowo-Wschodniej), gdzie zdobył nagrodę Smoków i Tygrysów, przeznaczoną dla młodych azjatyckich talentów. Dość powiedzieć, że karierę rozpoczynali od tego wyróżnienia Hirokazu Koreeda, Lee Chang-dong, Hong Sang-soo czy jego rodak, Jia Zhangke. Potem były pokazy w Pusan czy Rotterdamie (Jury NETPAC wręczając wyróżnienie zauważyło obecne także w późniejszych dziełach inklinacje Chińczyka do industrialnego otoczenia i obserwowania nizin chińskiego społeczeństwa). Kolejny film, „Nocny pociąg” (2007), tylko potwierdza, że warto obserwować jego rozwój. To dla niego milowy krok, bo dostaje się do prestiżowej sekcji Un Certain Regard na festiwalu w Cannes. Mimo że wciąż pozostaje wierny minimalistycznej formule i społecznej tematyce, zyskuje spore uznanie wśród widowni. Zbiera kolejne laury – w Lizbonie oraz na Warszawskim Festiwalu Filmowym (Grand Prix!).

Diao Yi’nan przyjeżdża zatem nad Lazurowe Wybrzeże już w roli filmowca obytego i całkiem sytego, ale wciąż mogącego namieszać w konkursie: należy w nim upatrywać czarnego konia stawki. Jego najnowszy projekt nosi tytuł „Nan Fang Che Zhan De Ju Hui”, czyli „Jezioro Dzikiej Gęsi”. O fabule wiadomo niestety niewiele. Z krążących w sieci krótkich opisów można wywnioskować, że będzie to kryminał o odkupieniu, ostatniej szansie i ryzykownej grze. Wiadomo, że w centrum uwagi reżysera pozostawać będzie para: postawiony pod ścianą drobny rzezimieszek Zhou Zenong (w tej roli chiński gwiazdor, Hu Ge) oraz równie zdesperowana dziewczyna Liu Aiai (znana z poprzedniego filmu Diao, Kwei Lun Mei). Za zdjęcia odpowiada stały współpracownik Chińczyka, Dong Jingsong, co zwiastuje, że będzie to porywające widowisko przynajmniej pod względem operatorskim. Montażem zajął się natomiast Francuz, Matthieu Laclau, dotąd pracujący z Jia Zhangke czy Midim Z. Na dystrybucję możemy liczyć tylko w przypadku ewentualnych nagród, co nie jest oczywiście wykluczone. W przeciwnym wypadku trzeba trzymać kciuki, żeby produkcję na polskie ekrany sprowadziły Nowe Horyzonty lub Pięć Smaków.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

„Atlantique”

reżyseria: Mati Diop

występują: Mame Bineta Sane, Mbow i inni
gatunek: dramat
kraj: Francja / Belgia / Senegal

Mati Diop zamiłowanie do sztuki dostała w genach. Jest córką znanego senegalskiego muzyka jazzowego Wasisa Diopa, a talent filmowy odziedziczyła po wujku, Djibrilu Diop Mambétym, twórcy „Touki Bouki”. Jej rodzina osiedliła się w Paryżu i tam też przyszła na świat Mati w 1982 roku. Już od najmłodszych lat przejawiała reżyserskie ciągoty, kręcąc pierwsze krótkie metraże kamerą cyfrową w amatorskich warunkach. Poważnym przełomem dla jej związku z kinem był jednak występ po drugiej stronie obiektywu. W 2009 roku Mati Diop zagrała główną rolę żeńską w filmie „35 kieliszków rumu” Claire Denis. Po tym sukcesie jej twórczość zaczęła nabierać profesjonalnego kształtu. Kręciła krótkie metraże, które trafiały na największe festiwale, np. „Snow Cannon” – lesbijskie love story, które znalazło się w weneckim konkursie Horyzonty w 2011 roku. Realizowała dokumenty, np. „Mille soleils” (2013) opowiadający o dalszych losach aktora, grającego główną rolę we wspomnianym „Touki Bouki”. Jednocześnie wciąż realizowała się aktorsko, choćby odważną rolą prostytutki w „Szymonie zabójcy”.

Atlantique” to pełnometrażowy debiut reżyserski Diop. O tej premierze mówi się jako o wydarzeniu, gdyż po raz pierwszy w canneńskim konkursie pojawia się film czarnoskórej twórczyni. Fabuła rozpoczyna się od opowieści o grupie robotników wykorzystywanych przy budowie futurystycznej wieży w Dakarze. Przybici biedą i oszukani bohaterowie postanawiają przekroczyć ocean w poszukiwaniu lepszego życia. Dla jednego z nich nie będzie to łatwa decyzja, gdyż zostaje zmuszony opuścić swoją kochankę, Adę, zwłaszcza iż ta jest już zaręczona z innym mężczyzną. Jak zapowiadają twórcy, film nie będzie miał jednak kształtu klasycznego melodramatu. Zawrze w sobie zarówno społeczne obserwacje, jak i będzie przekraczał granice realizmu, oferując także odrobinę magii. Jak oceniam szansę dzieła w konkursie? Ciężko powiedzieć, wszakże to debiut na tej płaszczyźnie, jednak jestem dobrej myśli, iż młoda reżyserka zagwarantuje też świeże spojrzenie i nową jakość.

Adrian Burz
Adrian Burz

„Matthias & Maxime”

reżyseria: Xavier Dolan

występują: Xavier Dolan, Harris Dickinson i inni
gatunek: dramat
kraj: Kanada

Można rzec, że Xavier Dolan jest stałym bywalcem festiwalu w Cannes. Pierwszy raz gościł tam w 2009 roku ze swoim reżyserskim debiutem „Zabiłem swoją matkę”, cyklicznie pojawiał się we francuskiej stolicy kinematografii z każdym filmem z wyjątkiem „Toma”. Praktycznie każdy z nich został w jakiś sposób wyróżniony: i tak debiut wygrał między innymi Prix Regards Jeune (nagrodę młodych), „Wyśnione miłości” powtórzyły ten sukces rok później. Kanadyjczyk nie boi się w swoich filmach poruszać tematów związanych z homoseksualizmem (wątki autobiograficzne), jak i szeroko związanych z tematyką LGBTQ+ – to zapewniło mu nagrodę specjalną w postaci Palmy Queer za „Na zawsze Laurence” (2012). Głośna „Mama” (2014) przyniosła nominację w konkursie głównym oraz wygraną Nagrodę Jury. Dwa lata później na festiwalu triumfował film Dolana na podstawie sztuki teatralnej „To tylko koniec świata” uhonorowany nominacją do Złotej Palmy, Nagrodą Jury Ekumenicznego, a także Grand Prix Festiwalu. Pominięty w Cannes został ostatni „The Death & Life of John F. Donovan”, który nie zbierał dobrych recenzji. Jego powstawaniu towarzyszyły duże perturbacje w postaci cięć montażowych, co poskutkowało całkowitym usunięciem z końcowego obrazu roli Jessiki Chastain.

W tym roku Xavier Dolan, określany jako młody geniusz (wyreżyserował debiut mając zaledwie 19/20 lat) i enfant terrible francuskiego filmu, powraca do Cannes z tytułem „Matthias & Maxime”. Ma być to historia opowiadająca o przyjaźni, jako Max wystąpi sam reżyser. Pokazał on jednak choćby w przypadku „Toma” czy „Zabiłem swoją matkę”, że reżyserowanie samego siebie nie stanowi dla niego problemu. W produkcji zobaczymy także Anne Dorval – fantastyczną Diane z „Mamy”. Za zdjęcia odpowiada André Turpin, współpracujący z Kanadyjczykiem przy większości jego poprzednich filmów, a także znany z „Pogorzeliska” Denisa Villeneuve’a. Po ostatnich dwóch eksperymentach wydaje się, że Dolan powraca do swojego stylu. Kameralna opowieść, własny udział w filmie i sprawdzony współpracownik od zdjęć. Możliwe, że wrócą dawne teledyskowe ujęcia i wykrzyczane po francusku sceny.

Ania Wieczorek
Ania Wieczorek

„Little Joe”

reżyseria: Jessica Hausner

występują: Emily Beecham, Ben Whishaw i inni
gatunek: thriller, science fiction
kraj: Austria / Wielka Brytania / Niemcy

Rita ma dość bycia wzorową córką wytykaną palcami przez rówieśniczki. Irene nie pasuje do zamkniętego środowiska, którego istotę próbuje przyswoić na swój sposób. Uwięziona we własnym ciele Christine nie godzi się z ułomnością sparaliżowanych członków. Heinrich widzi życie jako cierpienie, szuka zatem ukojenia w śmierci. Bohaterowie filmów Jessiki Hausner chcą wydostać się i uciec. W ich istotę wdrukowane jest poczucie niezadowolenia, potrzeba działania, imperatyw buntu. Szamocą się w beznadziejnych staraniach zrozumienia i pokonania ograniczeń natury, społeczeństwa czy „zwyczajnego” porządku rzeczy, karmiąc wewnętrzną przekorę, aż wyrośnie na ryzykancką ciekawość. Dla Irene z „Hotelu” (2004) niebezpieczeństwo stanowi już samo poznawanie obcego terytorium, kuszącej chimery jawy i snu. Niewinne zabawy nastolatki z „Lovely Rita” (2001) szybko stają się niepokojącymi oznakami zagubienia, a wręcz krzykiem o pomoc. Dla odmiany cicha Christine z „Lourdes” (2009) nieoczekiwanie budzi się w nowej rzeczywistości, gdzie kolejną granicę wyznacza aprobata otoczenia. Bohaterowie Hausner usiłują zrozumieć siebie, lecz jednocześnie zręcznie wpisani są w środowisko, w jakim przyszło im żyć. Świat „Hotelu” nie zachowuje racjonalnej przyczynowości, zatem i postępowanie pracowników przybytku przywodzi na myśl mroczną baśń. Heinrich i Henriette, protagoniści rozgrywającej się w początkach XIX wieku „Szalonej miłości” (2014), są wytworem swojej epoki, gdy wzniosłe ideały i wiara w intelektualne możliwości człowieka szły w parze z przekonaniem o naturalnych nierównościach między ludźmi.

Austriacką reżyserkę interesuje zróżnicowanie charakterologiczne postaci, realizm psychologiczny, a nie proste kopiowanie świata – kreacja ponad odtwórstwem. Potrafi ona przekształcić prozaiczną rzeczywistość, tworząc konstrukt prawdopodobny, choć dziwnie odrealniony. Można zatem zrozumieć, dlaczego jej postaci bywają zdezorientowane, zagubione, pragną konsolacji, wypatrując egzystencjalnego drogowskazu. Córka wiedeńskiego malarza Rudolfa Hausnera portretuje te zmagania w wycyzelowanym, rygorystycznym stylu. Minimalistyczna, niemal ascetyczna forma precyzyjnie podkreśla kluczowe cechy świata przedstawionego i postaci. Niemal statyczne ujęcia autorstwa Martina Gschlachta poprzecinane nagłymi, dynamicznymi zbliżeniami, gwałtowne cięcia montażowe, zabawa kolorami, dopieszczona scenografia Kathariny Wöppermann, muzyka celnie dopełniająca wymowę scen, mocne i zapadające w pamięć zakończenia – to czytelna dbałość o detale i świadoma strategia artystyczna. Absolwentka wiedeńskiej Filmakademie z równym pietyzmem oddaje chłodny porządek wnętrz mieszkania berlińskiego urzędnika, klaustrofobiczność symetrycznych korytarzy górskiego hotelu, aseptyczną nowoczesność i disneylandową tandetę zatłoczonego sanktuarium, przaśność domu stereotypowej austriackiej rodziny. Z wyrozumiałością odnosi się do swych bohaterów, okraszając ich desperackie szarpaniny dawką ironii, humoru i przyziemnych dysonansów. Pozwala im potykać się i być czasem żałosnymi, nie odzierając ich jednak z właściwej poszukującemu człowiekowi godności. Romantyczny poeta, dojrzewająca nastolatka, poważna recepcjonistka i młoda pątniczka są wszak ucieleśnieniem odwiecznych ludzkich skłonności w metaforycznym obrazie nieprzewidywalności życia.

Jessica Hausner (rocznik 1972) to stała bywalczyni Cannes. „Lovely Rita”, „Hotel” i „Szaloną miłość” wyświetlano w sekcji Un Certain Regard. Największym sukcesem Austriaczki pozostaje „Lourdes”, zwycięzca MFF w Wiedniu wyróżniony także w Wenecji i Warszawie. W tym roku artystka startuje w konkursie głównym z obrazem „Little Joe”. To opowieść o Alice zajmującej się hodowlą nowych odmian roślin. Dzięki inżynierii genetycznej tworzy zadziwiające cudo – kwiat nadzwyczaj piękny oraz przynoszący… szczęście. Tytułowy Mały Joe staje się prezentem dla synka kobiety. Wkrótce okazuje się, że roślinka jest groźniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał, gdyż wywołuje niewyjaśnione zmiany w zachowaniu ludzi. A może to tylko figiel wyobraźni? Fabuła wykorzystuje temat z pogranicza thrillera oraz fantastyki naukowej i choć skojarzenia z klasyką gatunku nasuwają się same, zaryzykować można, że będzie to raczej alegoryczna baśń w specyficzny sposób poszerzająca dotychczasowe fascynacje autorki. Ciekawe, jak anglojęzyczni aktorzy (w rolach głównych Emily Beecham i Ben Whishaw) odnajdą się w specyficznej stylistyce austriackiej twórczyni. Można być pewnym, że „Little Joe”, kolejny efekt współpracy z autorem zdjęć Martinem Gschlachtem i scenografką Kathariną Wöppermann, wyróżni się stroną wizualną. Jeśli tylko Hausner zachowa ostrość koncepcji artystycznej i celność obserwacji ludzkiej psychiki, jej piąty długi metraż może okazać się mocnym kandydatem do nagród.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

„The Dead Don’t Die”

reżyseria: Jim Jarmusch

występują: Bill Murray, Adam Driver i inni
gatunek: horror, komedia
kraj: USA / Szwecja

Jim Jarmusch to jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów. Widz, który obejrzał choć jeden film przez niego nakręcony, z ogromną łatwością będzie w stanie rozpoznać autorski styl przy drugim podejściu. Już począwszy od debiutu – „Nieustających wakacji” – intensywnie kroczył obraną przez siebie ścieżką. Każdy tytuł stworzony przez Amerykanina okazywał się głośnym wydarzeniem kulturalnym. Twórca już kilkakrotnie gościł w Cannes. Jest blisko związany z Francją, ponieważ tu pokochał kino. Stało się dla niego ważniejsze niż literatura, którą się wcześniej zajmował.

W tym roku powraca do stylu znanego już z „Tylko kochankowie przeżyją”, tylko że tym razem zamiast wampirów na ekranie pojawią się martwi. „The Dead Don’t Die” to historia dwóch policjantów (Bill Murray i Adam Driver), którzy muszą zmierzyć się z inwazją nadprzyrodzonych stworzeń w swoim miasteczku. O fabule nie wiadomo wiele więcej, ale jeden z aktorów powiedział w pewnym wywiadzie, że reżyser napisał „bardzo zabawny scenariusz o zombie”. W ujawnionym niedawno trailerze widać, o jaki rodzaj humoru chodzi – postmodernistyczna parodia klasycznych filmów o tej tematyce doprawiona autoironią i dużą dozą dystansu. W filmie otwierającym festiwal w Cannes występuje wiele gwiazd znanych już wcześniej ze współpracy z reżyserem. Oprócz protagonistów są to między innymi Tilda Swinton i Iggy Pop. Po Jarmuschu spodziewać można się wiele. Czy tym razem absurdalność sięgnie zenitu? Może tym razem okaże się jednak zabawna?

Ola Szwarc
Ola Szwarc

„Mektoub, My Love: Intermezzo”

reżyseria: Abdellatif Kechiche

występują: Shaïn Boumedine, Ophélie Bau i inni
gatunek: dramat, romans
kraj: Francja

Abdellatif Kechiche urodził się w Tunezji w 1960 roku. Mając 6 lat, przeprowadził się z rodzicami do Nicei, zamieszkując w dzielnicy imigrantów. Jego korzenie od zawsze były ważne w reprezentowanej twórczości. Nim jednak dostał okazję jako reżyser opowiedzieć własne historie, dał się poznać francuskiej kinematografii od aktorskiej strony. Już w 1987 roku wystąpił u boku Sandrine Bonnaire w filmie „Niewinni”, zdobywając tym samym pewien rozgłos, pojawiając się później w innych, mniej znaczących produkcjach. Wielki sukces przyniosło dopiero nowe tysiąclecie. W 2000 roku Kechiche w końcu zebrał fundusze na swój debiut reżyserski i zaskoczył krytykę „Winą Woltera”, historią młodego uchodźcy zagubionego w paryskiej rzeczywistości. Już w tym filmie przemycił sporo własnych doświadczeń, starając się utrzymać słodko-gorzki wydźwięk opowieści. Nie umknęło to weneckiej publiczności, owocując Nagrodą imienia Luigiego De Laurentiisa. Każdy kolejny jego obraz odbijał się echem na scenie festiwalowej, a to komediodramat młodzieżowy „Unik” (2003) wygrywając Cezara za najlepszy film, a to znów optymistyczna, rodzinna „Tajemnica ziarna” (2007) nagrodzona FIPRESCI w Wenecji. W 2010 roku Kechiche nakręcił swój najmroczniejszy film, „Czarną Wenus”. Prawdziwa historia Saartije Bartman, czarnoskórej tancerki zmuszanej do coraz bardziej perwersyjnych występów, wstrząsnęła widownią, w tym niżej podpisanym, będąc przerażającym studium uprzedmiotowienia.

Największy szok miał jednak nadejść. W roku 2013 Złotą Palmę w Cannes wygrało „Życie Adeli – Rozdział 1 i 2”. Trzygodzinna opowieść o wycinku z młodości tytułowej bohaterki podzieliła publiczność. Z jednej strony posypały się pochwały za umiejętność umieszczenia widza tak blisko postaci, jak nigdy jeszcze w kinie nie zdołano. Z drugiej, pojawiły się także oskarżenia o pornografię, wszakże historii nie brakowało śmiałych scen erotycznych. Ostatecznie nie da się zaprzeczyć: był to wstrząs dla X muzy, jaki odczuł każdy. Tym większym zaskoczeniem był brak finansów dla kolejnego dzieła Kechiche’a: „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza”. By sfinansować swój film, musiał on między innymi sprzedać Złotą Palmę.

„Mektoub My Love: Intermezzo” to dalsza część tej historii, czyli losów Amina, mieszkańca Lazurowego Wybrzeża. Pierwsza odsłona opowiadała o czasie beztroskich imprez, w trakcie których kształtowała się osobowość postaci. „Intermezzo” skupi się tymczasem na pierwszych krokach Amina w dorosłość. Powrócą także postaci znane z poprzedniej odsłony. Na pewno uwagę widowni przykuła już informacja o czasie trwania filmu. „Intermezzo” będzie czterogodzinną obserwacją codzienności, czyli wyzwaniem nawet dla fanów reżysera. Na razie jestem dobrej myśli, zważywszy że „Moja miłość: Pieśń pierwsza” to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ostatnich latach. Jeżeli macie podobnie, myślę, że też czekacie na pierwsze reakcje.

Adrian Burz
Adrian Burz

„Sorry We Missed You”

reżyseria: Ken Loach

występują: Kris Hitchen, Debbie Honeywood i inni 
gatunek: dramat
kraj: Wielka Brytania / Francja / Belgia

Jeden z najbardziej otwarcie i radykalnie lewicowych artystów w światowym kinie zaczynał, podobnie jak rodacy Mike Leigh i Stephen Frears, sukcesami w telewizji BBC, która przyciągała ówcześnie większą widownię niż konserwatywne produkcje kinowe. Jego pierwszy film na duże ekrany, „Czekając na życie”, opowiadający o losach młodej kobiety w ciągu złych wyborów i rozczarowań miłosnych, okazał się niespodziewanym sukcesem kasowym. To jednak drugi film, „Kes”, przetrwał próbę czasu jako obraz kultowy i uniwersalny. Poruszająca opowieść coming of age o młodej jednostce wtłoczonej w społeczne szablony, idealna równowaga elementów komediowych i dramatycznych oraz niezapomniana rola nastoletniego Davida Bradleya. W tej ostatniej kwestii niektóre historie z planu wskazują na dość radykalne podejście reżysera do młodych aktorów. Manipulacja emocjami przez np. stosowanie nieudawanych kar cielesnych czy wmówienie chłopcu, że sokół, z którym pracował, zdechł naprawdę. Maluje to obraz twórcy bezkompromisowego i dokładnie wiedzącego, co chce przez swoje filmy powiedzieć.

W kolejnych dziełach, takich jak „Życie rodzinne”, „Gajowy”, „Riff-Raff” czy „Wiatr w oczy”, w dalszym ciągu przejawiał zainteresowanie zwyczajnymi problemami zwyczajnych ludzi, w jakiś sposób pokrzywdzonych przez społeczeństwo i system klasowy. Szczególne uznanie zdobywał za swoje freski historyczne, poczynając od dziejów konfliktu w Irlandii Północnej za czasów taczeryzmu („Tajna placówka”), przez starcia między POUM a stalinistami podczas wojny domowej w Hiszpanii („Ziemia i wolność”), kończąc na, nagrodzonej Złotą Palmą, historii Kaina i Abla przepisanej na realia początków organizacji IRA po I wojnie światowej („Wiatr buszujący w jęczmieniu”). W ostatnich latach uderzał w pogodniejsze tony, bardziej przyjazne komercyjnie komediodramaty („Szukając Erica”, „Whisky dla aniołów”) i chętnie poruszał tematy mniejszości narodowych i emigracji („Polak potrzebny od zaraz”, „Klub Jimmy’ego”). Część krytyków zarzuca mu wtórność i tendencyjność, a przyznana trzy lata temu familijno-kafkowskemu „Ja, Daniel Blake” Złota Palma była szeroko krytykowana.

Widzów oczekujących przełamania loachowskiej formuły raczej nie usatysfakcjonuje „Sorry We Missed You”. W rolach pierwszoplanowych głównie debiutanci, a historia znów bardzo prozaiczna. Prekariacka rodzina z dwójką dzieci mieszkająca w Newcastle, w której ojciec postanawia zawalczyć o polepszenie bytu. W przeciwieństwie do protagonisty „Ja, Daniel Blake”, Ricky jest przystosowany do życia w zglobalizowanej „epoce cyfrowej”. Doskonale zdaje sobie sprawę z rewolucji w usługach, jaka nastąpiła za sprawą aplikacji takich jak Uber czy konkurencyjności na rynku dostaw. Postanawia jednak założyć się z żoną, że jego szalony pomysł zakupienia nowiutkiego samochodu i zostania kierowcą freelancerem ma szansę się powieść. Znając do tej pory kino Loacha, możemy wiedzieć wprzód jedno — bohaterowie będą mieć pod górkę, ale nie tak łatwo ich złamać.

dawid smyk
Dawid Smyk

„Les misérables”

reżyseria: Ladj Ly

występują: Damien Bonnard, Alexis Manenti i inni
gatunek: komedia
kraj: Francja

Udział w konkursie głównym filmu mało znanego reżysera może nie jest wielkim zaskoczeniem, ale na pewno drobną niespodzianką. Canneńscy selekcjonerzy wszak chętnie promują rodzimych twórców, stawiając ich w jednym szeregu z największymi. Ladj Ly dotychczas znany był przede wszystkim jako dokumentalista, a także aktor. Urodził się w Mali, a wychował we Francji, w Montfermeil. W 1995 roku razem z zaprzyjaźnionymi reżyserami, Romainem Gavrasem i Kimem Chapironem, utworzył kolektyw Kourtrajmé.

W 1997 roku zadebiutował krótkometrażowym dokumentem „Montfermeil Les Bosquets”. Nawiązał także przyjaźń i bliską współpracę ze streetartowym fotografem JR-em (znanym jako współtwórca filmu „Twarze, plaże” Agnès Vardy). Zaowocowało to m.in. krótkim metrażem „28 millimeters”, ukazującym życie czarnoskórych we francuskich gettach. Siłą napędową jego twórczości jest portretowanie codzienności z francuskich przedmieść, ale przede wszystkim zwrócenie uwagi na marginalizowane mniejszości, społeczne nierówności i walka z nimi za pomocą oddolnych inicjatyw. Jako swoje inspiracje wymienia kino Spike’a Lee i Jacquesa Audiarda. Filmowcem został pod wpływem seansu „Nienawiści” Mathieu Kassovitza. Po zamieszkach w Paryżu z 2005 roku, poruszony śmiercią dwóch młodych ludzi, wyreżyserował dokument 365 jours à Clichy Montfermeil, który przygotowywał, filmując swoją dzielnicę przez rok. W 2014 roku podobną metodę zastosował, zwracając uwagę na lokalne problemy rodzinnego Mali, tworząc „365 jours au Mali”, gdzie przyglądał się starciom ludu Tuaregów z milicją przy próbach utworzenia  suwerennego państwa Azawad.

Konkursowe Les misérables”, które jest jego pełnometrażowym fabularnym debiutem, bazuje na krótkim metrażu z 2017 roku, pod tym samym tytułem, nominowanym do Cezara. Nie jest to jednak adaptacja powieści Victora Hugo, a swój tytuł zawdzięcza m.in. wspólnemu dla filmu i powieści miejscu akcji – podparyskiemu Montfermeil, gdzie, jak mówi Ly, niewiele się przez te lata zmieniło, jeśli chodzi o przemoc ze strony organów władzy. Opowiada o Stéphane, wstępującego w szeregi policyjnej prewencji. Wraz ze znajomymi z pracy jest świadkiem eskalujących napięć między lokalnymi grupami przestępczymi. Film stanowi kwintesencję tego, o czym reżyser zawsze opowiadał: życie na przedmieściach, nadużywanie uprawnień przez policję, zamieszki. Film ma łączyć fabularną narrację ze stylem dokumentalizowanym, a pod względem poziomu realizmu przypominać serial „Prawo ulicy”. Zapowiada się zaangażowane kino protestu, które w dobie ruchu żółtych kamizelek ma szansę zyskać poklask.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

„A Hidden Life”

reżyseria: Terrence Malick

występują: August Diehl, Matthias Schoenaerts i inni
gatunek: dramat, biograficzny
kraj: USA / Niemcy

W filmach Terrence’a Malicka czas zwalnia. Widz, śledząc czujne obserwacje natury, mimowolnie popada w zadumę. Przyroda i stworzenia naruszające kawałek jej łaskawej przestrzeni na określony czas tworzą razem nierozerwalną całość. W tym samym miejscu, gdzie jak co roku drzewo wypuszcza nowe liście, urodzi się wkrótce dziecko, aby odbyć niełatwą, pełną przypadkowości podróż przez życie. W „Niebiańskich dniach” cykl powtórzy się, gdy ponownie wybiją na powierzchnię źdźbła zbóż ze spalonego pola, a w miejsce zgorzeliska zostanie zbudowany nowy dom przez kolejną rodzinę. Reżyser stara się zapobiec, aby przemiany te umknęły niezauważone, bo przebiegają zbyt powoli, jak choćby kiełkująca z nasiona roślina. Na równi z transformacjami natury Malick portretuje codzienne potyczki swoich bohaterów dążących do racjonalnej kontroli nad swoim przeznaczeniem. A tutaj traumy z dzieciństwa przekładają się na problemy w dorosłości. W „Drzewie życia” Jack odbywa duchową podróż począwszy od desperacji po uzyskanie duchowej jedności ze zmarłym tragicznie bratem. Prócz ukazania mikrokosmosu domu rodzinnego w twórczości Malicka powtarza się też często motyw upadku wywołanego amerykańskim snem o sukcesie, wiodącym na duchowe próżnie. Króluje tam materializm i konformizm, zewnętrzny ład, w którym postaci zatracają się, gubiąc porządek w życiu osobistym. W „Song to Song” w obawie przed odsłonięciem swoich słabości, niedostatków, single żyją w oderwaniu, wycofując się szybko z bliskich relacji. Pogoń za nieuchwytnymi emocjami staje się celem samym w sobie, napędzanym przez mroczne siły. Pożądanie i namiętność są jak żar, który wprowadza więcej życia w wyzbytą autentyczności egzystencję postaci. W „Badlands” jest ukazany cały proces uświadamiania sobie istoty swoich pragnień przez niewinną nastolatkę, Holly.

Jeden z kluczowych reżyserów Nowego Hollywood w swoich filmach stara się nieustannie rozwikłać zagadkę istnienia, gdy snuje rozważania nad sensem życia jednostek. Enigmatyczność jednego z największych kaznodziejów kina potwierdza Richard Linklater: „Zawsze jest trochę tajemnicy z Terrym. On jest jakby wszędzie i nigdzie”. Forma narracji będąca strumieniem świadomości sprzyja przeniesieniu wymiaru metafizycznego opowieści na grunt własnych doświadczeń. Są i tacy, którzy zarzucają twórcy popadanie w przesadę i sztuczną wzniosłość.

Malick zdradził, że najnowszy film jest powrotem do narracyjnej struktury z uporządkowanym scenariuszem. „A Hidden Life” to oparta na faktach historia austriackiego rolnika i męczennika chrześcijańskiego, skazanego na śmierć za stawianie oporu przeciwko służbie wojskowej w szeregach Wehrmachtu.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska

„Bacurau”

reżyseria: Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles

występują: Udo Kier, Sônia Braga i inni
gatunek: thriller
kraj: Brazylia / Francja

Kleber Mendonça Filho to aktualnie chyba najbardziej rozpoznawalny aktywny brazylijski reżyser. Twórca „Aquariusa”, podobnie jak wielu wielkich przed nim, karierę w kinie zaczynał do bycia krytykiem filmowym, gdzie pisał dla największych portugalskojęzycznych magazynów, a także prowadził własny portal. W latach 90. rozpoczął eksperymenty twórcze, tworzył krótkie metraże, dokumenty i teledyski. Kilka wczesnych prac twórcy można znaleźć legalnie na jego koncie Vimeo. Przełomem w karierze Mendonçy były „Sąsiedzkie dźwięki” z 2013 roku, jego pełnometrażowy fabularny debiut. Nagrodzony na wielu światowych festiwalach (m.in. naszych Nowych Horyzontach) brazylijski kandydat do Oscara był w zasadzie rozwinięciem wcześniejszego krótkiego metrażu – „Electrodomestica”. Reżyser niczym greccy nowofalowcy buduje tu wizję utopijnego i oderwanego od rzeczywistości świata zamożnej klasy średniej, który nagle zostaje zaburzony. Obraz krytykował kierunek, w jakim idzie Brazylia, werbalizował strachy rozwarstwionego i żyjącego w wewnętrznym rozbiciu społeczeństwa. Tematyka mieszkaniowa w połączeniu z poruszaniem tematu społecznych i gospodarczych elit powróciła ze zdwojoną siła w 2016 roku, kiedy swoją premierę podczas festiwalu w Cannes miał „Aquarius”, drugi film reżysera. Rzecz opowiadała o walce Clary z deweloperem chcącym zburzyć apartamentowiec, w którym spędziła całe życie. Grana przez Sônię Bragę postać walczyła o siebie, o utrzymanie świata, który ją ukształtował i przez który się definiowała. W międzynarodowej karierze i typowanej przez bukmacherów oscarowej nominacji „Aquariusowi” przeszkodziły kwestie polityczne. Podczas festiwalowej premiery tego obrazu Kleber Mendonça Filho wspólnie z resztą ekipy wystąpił w obronie odwołanego w kontrowersyjnych okolicznościach ministra kultury, nazywając zmiany na szczycie władzy „zamachem stanu”.

Pokazywany na tegorocznym festiwalu „Bacurau”, w którym reżyser ponownie zaprosił do współpracy Sônię Bragę, a w ważnej roli zobaczymy m.in. Udo Kiera, ma być pewnym wyjściem z dotychczasowej strefy komfortu Mendonçy. Wielkomiejskie wybrzeże zamieniamy na małą wioskę w interiorze, a zamiast twardo stąpającego po ziemi kina społecznego zapowiadany jest thriller z magią w tle. U podstaw film ma opowiadać o reżyserze, który przybywa do małej wioski, by nakręcić tam dokument. Wraz z poznawaniem miejscowych na jaw zaczynają wychodzić kolejne sekrety, a atmosfera staje się coraz bardziej niepokojąca. Wszystko nasila śmierć najstarszej mieszkanki wioski. Pierwsze plotki mówią, że całość jest nadzwyczaj udana. Spokojni na pewno możemy być o stronę wizualną, gdyż współreżyserem „Bacurau” jest Juliano Dornelles, uznany scenograf i wieloletni współpracownik i przyjaciel Klebera Mendonçy Filho.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

„La Gomera”

reżyseria: Corneliu Porumboiu

występują: Vlad Ivanov, Catrinel Marlon i inni
gatunek: komediodramat
kraj: Rumunia / Francja / Niemcy

Wszyscy kochamy rumuńską nową falę, rewolucyjny nurt kinematografii, który na szczyty został wprowadzony 12 lat temu wraz z canneńską premierą „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” Cristiana Mungiu. Ale to nie był początek. Na tym samym festiwalu rok wcześniej triumfy święcił już inny obraz tego ruchu, nagrodzone Złotą Kamerą dla najlepszego debiutanta „12:08 na wschód od Bukaresztu”, wielki debiut Corneliu Porumboiu. Film, którego oryginalny tytuł możemy tłumaczyć jako „Było tak czy nie?”, był paradokumentem pokazującym nagranie programu telewizji lokalnej na temat wydarzeń w małym miasteczku na wschód od Bukaresztu podczas obalania Ceaușescu. W tragikomicznej formie ścierają się tam różne wizje, wspomnienia, przeszłości i narracje. W 2009 roku Porumboiu powrócił do Cannes, by wygrać drugą co do ważności sekcję – Un Certain Regard. „Policjant, przymiotnik” podzielił publikę. To detektywistyczne, ale i filologiczne slow cinema podlane absurdem codzienności stało się jednak najbardziej do tej pory rozpoznawalnym filmem reżysera. Dystrybuowany w Polsce przez Gutek Film „Skarb” również pojawił się w stawce UCR, gdzie otrzymał wyróżnienie. W tym ostatnim filmie było stanowczo najwięcej humoru i pokazania absurdów życia jako takiego, mniej roztrząsania rumuńskiej historii i współczesności.

„La Gomera” to pierwszy film reżysera kręcony poza Rumunią (w Hiszpanii i Singapurze). Śledzimy losy skorumpowanego policjanta Cristiego, który uwikłany w wart 30 milionów euro przekręt wyjeżdża na tytułową wyspę, by uczyć się od miejscowych języka opartego na gwizdaniu. Szykuje się wiele humoru, często gorzkiego i podszytego brakiem nadziei, a także pokazania patologii systemu powszechnej korupcji. Udostępnione przez festiwal fragmenty filmu sugerują także poruszenie obecnego w twórczości Porumboiu tematu chrześcijańskiej neofityzmu dawnych prominentów komunistycznego systemu.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

„Frankie”

reżyseria: Ira Sachs

występują: Isabelle Huppert, Brendan Gleeson i inni
gatunek: dramat
kraj: Francja  / Portugalia / Belgia

Trzy pokolenia rodziny zjeżdżają się do idyllicznej, portugalskiej Sintry. Historycznego miasta znanego ze swoich ogrodów, baśniowych willi oraz pałaców. Chcą w ten sposób spędzić ostatnie wakacje przed wejściem matrony rodu w ostatni etap życia. Magiczny październik i romantyczne otoczenie rozbudza we wszystkich uśpione uczucia, które odsłaniają nie tylko pęknięcia między nimi, ale i głębię uczuć. Tak zapowiada się najnowszy tytuł Sachsa, o którym na razie wiadomo niewiele. Jednak fakt, że prawa do filmu zakupiło już studio Sony Pictures, świadczy o tym, że dzieło ma potencjał komercyjny. Nic dziwnego, w roli tytułowej bohaterki Frankie występuje jedna z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych francuskich aktorek – Isabelle Huppert. Kobieta chętnie angażująca się w ciekawe, awangardowe produkcje, co często przynosi zasłużony rozgłos reżyserom mniej znanym szerokiej publiczności. Jednak nie jest to jedyna gwiazda, w obsadzie znajdują się takie znane nazwiska jak Brendan Gleeson, Jérémie Renier, Greg Kinnear czy Ariyon Bakare.

Ira Sachs swoje dni debiutu ma już za sobą i nazywać go już można chyba doświadczonym reżyserem. Choć sam lubi się trzymać trochę na uboczu, wydawać filmy co kilka lat, poruszać tematykę dobrze sobie znaną: relacji rodzinnych i związków homoseksualnych, to zwykle odnajduje swoją publiczność i nagrody na różnorakich festiwalach. „Forty Shades of Blue” otrzymało w 2005 roku Główną Nagrodę Jury na festiwalu w Sundance, „Zostań ze mną” w 2012 roku Nagrodę Jury Teddy na Berlinale. Teraz przyszła kolej na złotą koronę, a może raczej palmę festiwali, francuskie Cannes. „Frankie” to nie tylko pierwszy film wykraczający tematycznie poza dotychczasową strefę komfortu, to również pierwszy film kręcony poza granicami USA. Czy magia Portugalii obudzi i w reżyserze nowy potencjał i nada jego twórczości nowy kierunek, dowiemy się już niebawem.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż

   „Portrait de la jeune fille en feu”

reżyseria: Céline Sciamma

występują: Noémie Merlant, Adèle Haenel i inni
gatunek: dramat, kostiumowy
kraj: Francja

Céline Sciamma podąża swą reżyserską ścieżką powoli i miarowo, spokojnie dobiera tematy, nie szuka sensacji, ale nie boi się trudnych kwestii społecznych. W polu jej zainteresowań pozostają skonfliktowane z normatywną większością młode i delikatne istoty, które chcąc zatuszować kruchość i brak emocjonalnego doświadczenia nieraz chronią się pod tarczą agresji czy seksualnego wyuzdania. Skończyła renomowaną paryską La Fémis, gdzie jej profesorem był m.in. Xavier Beauvois (Ludzie Boga”) – można  dostrzec w ich dziełach podobieństwa, choćby w powściągliwości, z jaką oboje budują opowieści. O niewątpliwej wrażliwości i zdolnościach Francuzki usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki Liliom wodnym” (2007). Jej debiut narobił niezłego szumu, a o tym, jaką był petardą nad Sekwaną, niech świadczy fakt, że od razu dostał się do canneńskiej sekcji Un Certain Regard. Później film uznano wraz z innym rewelacyjnym początkiem kariery (Tout est pardonné” Mii Hansen-Løve) za najlepszy debiut roku (nagroda Louis-Delluc). Przyszły pierwsze festiwalowe statuetki w Atenach, Cabourgu, Turynie, potem nominacja do Cezara. A co najważniejsze Sciamma odkryła dla kina francuskiego Adèle Haenel (120 uderzeń serca”, Nieznajoma dziewczyna”) – z 18-letnią wówczas aktorką związała się zresztą w życiu prywatnym. Drugi film w dorobku ujawnia niezwykłą sprawność organizacyjną reżyserki. Scenariusz do Chłopczycy” (2011) powstaje zaledwie w trzy tygodnie, a zdjęcia trwają 20 dni. Nie przeszkadza to, by w berlińskiej Panoramie narobił sporo szumu, zdobył nagrodę Teddy (dla najlepszej produkcji o tematyce LGBT), a potem na kilku innych imprezach: Buenos Aires, Odessa, San Francisco. Sam oglądam tę ciepłą historię z wybitnym dziecięcym aktorstwem na Festiwalu „Kino w Trampkach”. Do portretowania młodzieży wraca twórczyni urodzona w Pontoise w Girlhood”, gdzie na bohaterkę wybiera nastoletnią córkę afrykańskich imigrantów (w tej roli rewelacyjna Karidja Touré – nominowana do Cezara). To swoiste domknięcie trylogii coming of age. Film startuje w Cannes (sekcja Quinzaine des Réalisateurs), Toronto czy Sundance, a także kilkunastu innych festiwalach, twórcom przynosi także cztery nominacje do Cezarów. W międzyczasie Sciamma tworzy scenariusze dla innych twórców, choćby do serialu Powracający”. André Téchiné pomaga przy Mając 17 lat” (gdzie jak na dłoni czuć nie tyle styl starego mistrza, co jej zainteresowania). Ma spory udział w sukcesie nominowanej do Oscara animacji Nazywam się Cukinia”.

Pracując nad nowym filmem, zerwała z dotychczasowym znanym sobie anturażem i tematami społecznymi. Choć zdjęcia do Portretu młodej damy w ogniu” (Portrait de la jeune fille en feu”) zakończyły się w grudniu ubiegłego roku, do końca nie było wiadomo, czy etap postprodukcji zakończy się na tyle szybko, by efekt finalny można było pokazać w maju w Cannes. I siłą rzeczy reżyserka zerkała w kierunku Lido. Koniec końców udało się i selekcjonerzy zaprosili ją po raz pierwszy do konkursu głównego. Akcja rozpoczyna się w 1770 roku na wyspie u wybrzeży Bretanii. Malarka Marianne (Noémie Merlant – polskim widzom znana ze Sztuki kłamania”) dostaje zlecenie na namalowanie portretu młodej, pięknej kobiety, która niedawno opuściła klasztor. Cały szkopuł polega na tym, że Héloïse (powracająca do kina Sciammy Adèle Haenel) nie może dowiedzieć się o tym fakcie – obraz ma być bowiem prezentem weselnym. Tymczasem przyszła panna młoda wcale nie pali się do zamążpójścia. W obsadzie znalazły się też Valeria Golino, Luàna Bajrami i Cécile Morel. Po pierwszych kadrach rzuca się w oczy duża dbałość operatorska, co nie dziwi, bo za kamerą stała bardzo zdolna Claire Mathon (wspólne projekty z Alainem Guiraudie, w konkursie inna jej praca – Atlantique”). Największą zagadką pozostaje: jak poradzi sobie autorka „Lilii wodnych” w zupełnie nowym gatunku i czasoprzestrzeni?

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

„It Must Be Heaven”

reżyseria: Elia Suleiman

występują: Elia Suleiman, François Girard i inni
gatunek: komedia
kraj: Francja / Katar / Niemcy / Kanada / Turcja / Palestyna

Elia Suleiman jest palestyńskim reżyserem, który stał się szerzej znany za sprawą „Chronicles of Disappearance” (1996) i „Czasu, który pozostał” (2009). Ten pierwszy tytuł był wielokrotnie nominowany i nagradzany na festiwalach w Wenecji, Seattle, Rotterdamie i Nantes. Ten drugi nominowany w Tokio, wygrany w Granadzie i Mar del Plata oraz nominowany do Złotej Palmy. Izraelczyk po raz pierwszy zawitał do Cannes w 2002 roku. Było to za sprawą „Boskiej interwencji”, która zapewniła nominację do Złotej Palmy, wygraną nagrodę FIPRESCI oraz Nagrodę Jury. Tytuł ten ma wyraźny kontekst polityczny, opowiada historię pary Palestyńczyków rozdzielonych granicą między Jeruzalem a Ramallah. Elia Suleiman pojawił się we francuskiej stolicy filmu po raz kolejny w 2012 roku. Nominowany do Złotej Palmy był jako reżyser segmentu w „7 dni w Hawanie” wspólnie z między innymi Benicio del Toro czy Gasparem Noé. Była to opowieść o tym kubańskim mieście składająca się z siedmiu epizodów (każdy reżyserowany przez kogoś innego) zarówno o turystach, jak i tubylcach.

W 2019 roku tytułem, który przyniósł nominację do Złotej Palmy, zostało „It Must Be Heaven”. Występuje w nim sam reżyser, który wyrusza w podróż w poszukiwaniu nowej ojczyzny. Jednak wszędzie, gdzie się znajdzie, odnajduje nawiązania do Palestyny. Film ma być utrzymany w konwencji komediowej, ale wydaje się być także patriotyczny i zadawać pytanie: gdzie naprawdę można odnaleźć dom?

Ania Wieczorek
Ania Wieczorek

„Pewnego razu… w Hollywood”

reżyseria: Quentin Tarantino

występują: Brad Pitt, Leonardo DiCaprio i inni
gatunek: komediodramat
kraj: USA / Wielka Brytania

Quentina Tarantino raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. To już ikona i jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie postaci ze świata filmu, W czasach, kiedy wydawałoby się, że  postmodernizm nie robi już wrażenia, każdy kolejny jego obraz staje się nie lada wydarzeniem. Samouk, który swój charaterystyczny styl zawdzięcza niezliczonym godzinom spędzonym na oglądaniu filmów podczas pracy w wypożyczalni VHS. Twórca Wściekłych psów” jest pierwszym reżyserem, którego potrafiłem wymienić z nazwiska oraz prawdopodobnie moim pierwszym zetknięciem z kinem autorskim. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że wielu kinomanów zawdzięcza mu zapoczątkowanie miłości do X muzy. Tarantino-pasjonat podobną estymą darzy filmy Hitchcocka, Kubricka i Godarda, jak kino b-klasowe, hongkońskie akcyjniaki, spaghetti westerny, niskobudżetowe horrory. Tarantino-reżyser niezwykle błyskotliwie remiksuje typowe dla poszczególnych tytułów motywy, wątki, niekiedy nawet całe sceny. Bywa przez to czasem nazywany największym plagiatorem kinematografii. Paradoksalnie z filmowego recyklingu prawie zawsze jest w stanie stworzyć nową jakość. Cechą charakterystyczną jego dzieł są przede wszystkim ostre jak brzytwa potyczki słowne, stopniowe budowanie napięcia i eskalacja w postaci gwałtownych scen przemocy. Obsesyjnie dba też o oprawę audiowizualną, nadając swoim produkcjom sznyt retro.

Jego kariera nabrała rozpędu, kiedy zdobył Złotą Palmę za Pulp Fiction”. Teraz, po 25 latach od tamtego pamiętnego wydarzenia, przyjeżdża do Cannes już jako powszechnie ceniony twórca z Pewnego razu… w Hollywood”. Ostatnie miesiące Tarantino spędził w montażowni, gdzie dwoił się i troił, żeby skończyć film w terminie. Udało się rzutem na taśmę. O filmie głośno było już na etapie powstawania scenariusza. Według pierwszych doniesień miał on opowiadać o zabójstwie Sharon Tate – żony Romana Polańskiego – przez bandę Charlesa Mansona. Pogłoski zdawały się o tyle szokujące, że to artysta, który nawet kiedy mówi o niewolnictwie (Django”) traktuje kino przede wszystkim jako beztroską zabawę. Osobiście liczyłem na zmianę estetyki i  pełnokrwisty, mroczny dramat, ale po czasie okazało się, że to prawdopodobnie stary, dobry Quentin, a wspomniana tragedia jest jedynie tłem. Film rozgrywa się w Los Angeles u schyłku lat 60.  i jak twierdzi reżyser, jest listem miłosnym do Hollywood, czasów jego dzieciństwa, rockową trasą po roku 1969 oraz hołdem dla kina samego w sobie. Opowiada o tym z perspektywy gasnącej gwiazdy westernów Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) oraz jego dublera Cliffa Bootha (Brad Pitt). Są oni świadkami przemian, jakie zachodzą nie tylko w Hollywood, ale w całych Stanach Zjednoczonych, czego pokłosiem jest wspomniane morderstwo. W roli Tate wystąpiła Margot Robbie, a oprócz niej na ekranie zobaczymy m.in. Ala Pacino, Damiana Lewisa, Dakotę Fanning czy Nicolasa Hammonda. Przekonamy się też, czy Rafał Zawierucha w roli Romana Polańskiego znalazł się w finalnej wersji filmu. Miejmy nadzieję, że nawet jeśli Pewnego razu… w Hollywood” wyjedzie z Cannes bez nagrody, zapisze się w historii kina wielkimi literami.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

„Sibyl”

reżyseria: Justine Triet

występują: Virginie Efira, Adèle Exarchopoulos i inni
gatunek: komediodramat
kraj: Francja / Belgia

Jest taka niepisana, a przemilczana canneńska tradycja umieszczania w konkursie głównym jednego lub kilku francuskich filmów, które zdają się odstawać poziomem od reszty pozycji. Zapewniają jednak organizatorom poczucie spełnienia narodowego obowiązku. Tak było w przypadku „Les filles du soleil” Evy Husson w zeszłym roku czy „Rodina” Jacquesa Doillona edycję wcześniej. Często zatem na francuskie filmy na tym festiwalu patrzymy z pewnym podejrzeniem. W tym roku nasze nieufne oczy szczególnie krzywo zdają się patrzeć w stronę nowego filmu niemal nieznanej w Polsce Justine Triet.

„Sibyl” jest trzecim pełnometrażowym dziełem reżyserki. Rozpoczęła jednak swoją karierę od reżyserii i tworzenia zdjęć do dokumentów, z których pierwszy, „Sur place”, powstał w 2007 roku. Pięć lat później na festiwalu w Berlinie pokazała swoją pierwszą krótkometrażową fabułę „Vilaine fille mauvais garçon”. Pełnometrażowy obraz „La bataille de Solférino” („Age of Panic”) z 2013 roku to już premiera w Cannes w sekcji „ACID Program”. W przeciwieństwie jednak do tego filmu, który nigdy nie dotarł do Polski, następną „Victorię” mieliśmy już możliwość oglądać w telewizji. Wcześniej jednak dzieło zadebiutowało na francuskim festiwalu w prestiżowej sekcji Semaine de la Critique. Oba filmy zdaje się łączyć silna, wyemancypowana główna bohaterka. Nie przeszkadzało to reżyserce wpleść w „Victorię” wiele schematów komedii romantycznej. Bohaterka jest dobrze zarabiającą prawniczką korzystającą z życia mimo bycia młodą samotną matką. Triet nie stroni od feministycznych akcentów (nieprzypadkowo imiona bohaterek w tytułach), dlatego być może takim rozczarowaniem jest ostateczna konkluzja o miłości mężczyzny jako warunku szczęścia.

Triet wraca na Lazurowe Wybrzeże z filmem „Sybil”, tym razem po raz pierwszy zakwalifikowawszy się do Konkursu Głównego. Już z opisu możemy wywnioskować, że twórczyni będzie wierna swojemu stylowi i ulubionym tematom, czyniąc główną bohaterkę Sybil psychoterapeutką i początkującą pisarką. Całość skupiać będzie się wokół jej relacji z nową pacjentką, aktorką Margot. Czy mamy tutaj zapowiedź wątku LGBT? Tego nie wiemy, ale na pewno wyjątkowo zachęcająco jawi się obsada. Obok znanych z „Victorii” Virginie Efiry i Laure Calamy wystąpiły liczne młode gwiazdy europejskiego kina, na czele z Adèle Exarchopoulos („Życie Adeli”), Gaspardem Ullielem („To tylko koniec świata”) i Sandrą Hüller („Toni Erdmann”). Nie mamy wątpliwości, że film Triet nie powalczy o główne nagrody festiwalu, mamy jednak nadzieję, że otrzymamy co najmniej tak samo przyzwoite i ambitne kino środka, jakim była „Victoria”.

Krystian Prusak
Krystian Prusak