Daniel w jaskini lwów – recenzja filmu „Boże Ciało”

Daniel w jaskini lwów – recenzja filmu „Boże Ciało”

Daniel wie jak postępować z dzikimi zwierzętami. W końcu sam ma niemało tej dzikości w sercu. Zabił już jako kilkunastoletni chłopiec. W poprawczaku bójki mu nie straszne - mimo, że w głębi duszy odczuwa też pragnienie czegoś zupełnie innego. Chciałby zostać księdzem.

Jego marzenia rozbijają się jednak z rzeczywistością. Jak tłumaczy mu kapelan zakładu poprawczego, ksiądz Tomasz (Łukasz Simlat), z którym chłopak ma dobrą relację, nikt o takim życiorysie nie może przyjąć święceń kapłańskich. Czy Danielowi do końca życia pozostanie co najwyżej gorliwie służyć do mszy?

Specyficzny splot okoliczności sprawia jednak, że zaczyna on podszywać się pod księdza i zastępuje proboszcza w niewielkiej miejscowości „w Polsce czyli nigdzie”. Stało się to bez premedytacji: ot, coś co było nieprzemyślaną odzywką, głupio rzuconą uwagą, zaczyna nabierać realnych kształtów. Historia byłaby mało prawdopodobna, gdyby nie to, że film Jana Komasy oparty został o autentyczną historię. 

Daniel staje się księdzem Tomaszem i początkowo nieśmiało i niepewnie wchodzi w rolę duszpasterza. Zaczyna od naśladowania znanego mu kapelana z poprawczaka, ale z czasem coraz pewniej czuje się w nowej roli. Jest spontaniczny i podąża za instynktem, nie chowa się za gładkimi słówkami i utartymi formułkami, tą całą nieznośną kościelną mową. Nie ma mózgu wypranego w letniej wodzie święconej i nie jest wychowany do nieczułości i rygoryzmu. Potrafi zaskoczyć ludzkimi reakcjami i emocjami. Tym ujmuje sobie ludzi. Jak jakiś „jeździec znikąd” wkracza w zamkniętą, pogrążoną w martwocie społeczność wioski, wzbudzając w niej ferment, który dawno był jej potrzebny.

Szybko okazuje się jednak, że tak naprawdę z jednej jaskini lwów trafił do innej – nie mniej okrutnej. Tutaj okrucieństwo schowane jest jednak za maską tzw. „normalności” i pobożności. Cała społeczność umęczona jest nieprzepracowaną traumą oraz podzielona niewyjaśnionymi sprawami. Dramatyczna przeszłość rzuca się cieniem niewybaczonych win i bolesnych pretensji, oddziałując w negatywny sposób zarówno na młodych, jak i starych. Biada jednak temu, kto osiągnięte status quo spróbuje naruszyć, biorąc na serio naukę Chrystusa o przebaczeniu i miłości bliźniego.

„Boże Ciało” zachwyca od strony wizualnej. Subtelne i dobrze przemyślane zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora zanurzają rzeczywistość w gęstą mgłę, w której brodzą bohaterowie albo dym, którym są zaczadzeni. Gdy Daniel przywdziewa ornat, ta gęsta zawiesina zostaje rozproszona ostrym światłem – które jednak ostatecznie nie jest w stanie rozświetlić rzeczywistości w sposób całkowity.

Film błyszczy za to dzięki obsadzie aktorskiej. Idealnie obsadzony w roli głównej Bartosz Bielenia daje z siebie wszystko i nadaje ton każdej scenie, w której się pojawia. Jego twarz, o charakterystycznej, niemal androgynicznej urodzie, raz przybiera wprost anielski wyraz, by za chwilę przerazić ekstazą agresji, co pozwala znakomicie uchwycić dualizm postaci. Niezwykle naturalnie wypada nagrodzona na festiwalu w Gdyni Eliza Rycembel oraz Tomasz Ziętek jako „Pinczer”, którego monolog był dla mnie najbardziej poruszającym momentem seansu. Najprawdziwszą i najbardziej złożoną postać buduje jednak Aleksandra Konieczna w roli Lidii, kościelnej oraz matki wspomnianej wyżej Elizy. To taka „ni to mniszka, ni modliszka” (jak aktorka określiła swoją postać podczas jednego ze spotkań z widzami), koniunkturalistka, a zarazem „maniaczka kontroli”, w której wyczuwamy jakąś ukrytą tajemnicę i w której ewentualną przemianę trudno tak do końca uwierzyć. 

„Boże Ciało” można odczytać jako wypowiedź na temat Kościoła. Jego różne wizje uosabiają kolejne postaci filmu: Lidia, księża, wójt, wreszcie Daniel. Jest to także obraz współczesnej Polski, podzielonej konfliktami, okaleczonej przez tragedię, wzajemne pretensje i oskarżenia. Można go też zapewne czytać na bardziej uniwersalnym poziomie – jak niemal każdą opowieść o małej, zamkniętej społeczności. Nade wszystko jest to ciekawa wypowiedź o rolach społecznych oraz o tym jak szata nie tylko zdobi człowieka, ale niekiedy daje mu zupełnie nowy status, uzależniony od pełnionych funkcji – i ten motyw jest w “Bożym Ciele” najciekawszy i najbardziej oryginalny. Pozostałe nie wychodzą w zasadzie poza standard opowieści o polskiej biedzie (w szerokim znaczeniu tego słowa). W gruncie rzeczy jest to film bardzo gorzki i pesymistyczny – co wybrzmiewa szczególnie mocno w finale. Możesz próbować czynić dobro, ale ostatecznie na niewiele to się zda. Podłość i agresja są silniejsze – i w ludziach i w tobie samym.

Szkoda tylko, że nie wszystko się tu jednak udało. Liczne wątki plączą się i niekiedy prowadzą donikąd, a problemy rozwiązują się trochę na zasadzie Deus ex machina. Ku mojemu zaskoczeniu historia nie pochłonęła mnie też zbytnio – może przez fakt, że tak naprawdę trudno zidentyfikować się z którąkolwiek z postaci. I chociaż twórcom udało się uniknąć paternalistycznego traktowania prowincji (co rzadkie w polskim kinie), to mamy wrażenie, że to wszystko już gdzieś widzieliśmy. Te lwy są tak znane, że nie sposób już traktować ich poważnie. Siedzimy przecież w tej jaskini od dawna. 

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar
boże ciało plakat

Boże Ciało

Rok: 2019

Gatunek: Obyczajowy

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Jan Komasa

Występują: Bartosz Bielenia, Aleksandra Konieczna, Eliza Rycembel i inni

Dystrybucja: Kino Świat

Ocena: 3/5