Berlinale 2019 – prognozy i oczekiwania

Berlinale 2019 – prognozy i oczekiwania

Od tureckiej prowincji i mongolskich pustyń po współczesny Rzym i Berlin. Od obiecujących debiutantów i „królów małego podwórka” po nagradzane Oscarami legendy kina. Od dylematów współczesnego korporacyjnego świata, przez ból ustrojowych przemian i dokumentalizowanie totalitaryzmów XX wieku, po kształtowanie się kobiecej emancypacji i pogoń za krwawym mordercą. Zaczynająca się 7 stycznia 69. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie przyniesie kinomanom pełen przekrój emocji i wrażeń. Z myślą o wszystkich udających się do stolicy Niemiec, jak i dla tych, którzy festiwalowe zmagania zamierzają śledzić w domu, przygotowaliśmy zwyczajową ściągawkę, zapowiedzi oraz sylwetki twórców wszystkich siedemnastu filmów tegorocznego konkursu głównego. Zapraszamy!

„Kız Kardeşler” / „A Tale of Three Sisters”

reżyseria: Emin Alper

występują: Kayhan Açıkgöz, Cemre Ebuzziya, Helin Kandemir i inni
gatunek: dramat obyczajowy
kraj: Turcja / Niemcy / Holandia / Grecja

Pierwsza od ośmiu lat turecka produkcja startująca w berlińskim konkursie to trzeci pełny metraż urodzonego w 1974 roku Emina Alpera. Ten absolwent historii na stambulskim Uniwersytecie Bosforskim początkowo traktował kino jako pasję, pisząc artykuły do czasopism filmowych. Postanowił jednak spróbować sił za kamerą, czego owocem były najpierw krótkie metraże, „Mektup” (2005) i „Rifat” (2006). Już pełnometrażowy debiut, „Za wzgórzem” (2012), został zauważony i doceniony, zdobywając m.in. Nagrodę Caligariego w Berlinie (za najlepszy film z sekcji Forum), wyróżnienia w Ankarze, Stambule, Karlowych Warach, Sarajewie i Tajpej. Został też uhonorowany Asia Pacific Screen Award jako film roku. Trzy lata później Alper potwierdził, że jest twórcą, którego karierę warto śledzić. Choć „Blokadzie” (2015) nie udało się zdobyć Złotego Lwa, to w Wenecji otrzymała Nagrodę Specjalną Jury. Do tego prestiżowego wyróżnienia doszły m.in. nagrody w Adanie i Sofii oraz kolejna statuetka dla filmu z regionu Azji i Pacyfiku (tym razem za scenariusz i reżyserię), a także zwycięstwo w polskiej edycji projektu Scope100.

Dwa dotychczasowe dzieła Turka obracają się wokół tematu podzielonej wspólnoty: budowy narracji łączącej i ukierunkowującej działania społeczności oraz paradoksalnych relacji między wewnętrznie skłóconymi grupami, których członkowie potrzebują jednak siebie nawzajem. Tym, co scala mieszkającą w maleńkiej wiosce rodzinę Faika, bohatera „Za wzgórzem”, jest koncepcja istnienia wspólnego wroga. Nestor rodu zaszczepia ją w swych potomkach, by nadać cel i usprawiedliwić coraz mniej racjonalne działania wymierzone w enigmatycznych nomadów, którzy zatrzymali się za tytułowym wzgórzem. Metafora zostaje przedstawiona w tonie ironicznego komediodramatu, co nie ujmuje jej jednak bycia efektem poważnych społeczno-historycznych refleksji wynikających przede wszystkim z sytuacji współczesnej Turcji, ale – jak można zaryzykować – możliwych do zaistnienia pod każdą szerokością geograficzną. Równie celne przemyślenia, lecz znacznie bardziej pesymistyczne, mroczne i niepokojące, wizualizuje Alper w trzymającej w napięciu „Blokadzie”. Tu linię podziału umieszcza w samym sercu rodziny. Dziejąca się na przedmieściach Stambułu opowieść o braciach postawionych po dwóch stronach barykady zbudowanej ze strachu i niepewności rozgrywa się na kilku płaszczyznach. To nie tylko metodyczna walka z rzekomym zagrożeniem terrorystycznym, będąca raczej przykrywką do rozgrywania obywateli przeciwko sobie przez funkcjonariuszy systemu. To także tragiczne zmagania bohatera o odbudowanie familii, nieuchronnie prowadzące do jego upadku. Alper wskazuje, jak kruche są fundamenty systemu, w którym zaufanie stało się słabością, a braterstwo i solidarność to jedynie puste słowa. Paranoiczną atmosferę niemożliwego do zlokalizowania zagrożenia potęguje wsączający się stopniowo oniryzm oraz dopracowana strona dźwiękowa. Podobnie jak w debiucie, historia snuta przez tureckiego twórcę okazała się niezwykle aktualna – premiera filmu zbiegła się w czasie z radykalizacją rządów Erdoğana.

 Emin Alper po raz kolejny bierze pod lupę instytucję rodziny (tym razem z perspektywy kobiet), choć fabuła „Kız Kardeşler” może wskazywać na odejście od ukierunkowanych politycznie tematów na rzecz kina społecznie zaangażowanego. Akcja rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku. Tytułowe trzy siostry – Reyhan, Nurhan i Havva – zostają adoptowane przez trzy bogate rodziny. Dramatyczne zawirowania sprawiają jednak, że wszystkie powracają do ubogiej anatolijskiej wioski. Tam próbują naprawić relacje z ojcem oraz wspólnie spojrzeć na niepewnie rysującą się przyszłość. Dostępne fotosy oraz zwiastun cieszą oko dopieszczoną kolorystyką i kompozycją kadru. Ponadto reżyser pochodzi właśnie z Anatolii, co daje nadzieję na przekonujące odwzorowanie życia w tym regionie Turcji. Pozostaje pytanie, czy „Kız Kardeşler” będzie realistyczną opowieścią mocno osadzoną w konkretnych realiach historyczno-geograficznych, czy – podobnie jak w poprzednich dziełach – Alper skorzysta z metafory, by przedstawić bardziej uniwersalne prawdy.
 
Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

„Der goldene Handschuh” / „The Golden Glove”

reżyseria: Fatih Akin

występują: Marc Hosemann, Jonas Dassler, Margarethe Tiesel i inni 
gatunek: kryminał
kraj: Niemcy / Francja

Fatih Akin to niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia. Mimo młodego wieku jest on już prawdziwym weteranem europejskich festiwali. Jego filmy nagradzano w Cannes („Na krawędzi nieba”, „W ułamku sekundy”), Wenecji („Rana”, „Soul Kitchen”) oraz właśnie w Berlinie, gdzie w 2004 roku zaprezentował fenomenalne „Głową w mur”, które zostało nagrodzone Złotym Niedźwiedziem. Była to odważna, pełna przemocy i erotyki historia pogrążonego w depresji i nałogach Cahita (Birol Ünel), który zdecydował się na fikcyjne małżeństwo z Sibel, aby wyzwolić ją od konserwatywnej muzułmańskiej rodziny wpływającej na każdy aspekt jej życia. Dzieło to zostało docenione w całej Europie, ale również zbudowało wokół siebie pewne kontrowersje, kiedy okazało się, iż Sibel Kekilli, nominowana za swoją rolę nawet do nagrody dla europejskiej aktorki roku, przed debiutem u Akina grywała w filmach porno.

Przez lata tworzenia swoich autorskich filmów, w większości przypadków bazując na własnych scenariuszach, Fatih Akin dał się poznać jako głos europejskich imigrantów i mniejszości narodowych. Twórca ten zazwyczaj skupia się na mieszkańcach dużych miast, prezentując przenikające się tam kultury. W swoim ostatnim obrazie – „W ułamku sekundy” – postanowił on głośno i wyraźnie powiedzieć widzom, iż utożsamianie terroryzmu z imigrantami jest błędem, opowiadając nam o niemieckich neonazistach, którzy przygotowali zamach bombowy na mężczyznę pochodzenia tureckiego.

W swoim najnowszym filmie reżyser odpoczywa od kina społecznie zaangażowanego i prezentuje historię seryjnego mordercy. Jest to adaptacja humorystycznej książki wyszydzającej istniejącego naprawdę zabójcę, który w latach 70. ubiegłego wieku pozbawił życia cztery prostytutki. Media określiły go wówczas mianem Rozpruwacza z Hamburga, jednak mimo zapadającego w pamięć pseudonimu Fritzowi Honce daleko było do geniuszy zbrodni, jakich uwielbia kino. Zamiast wymyślnych sposobów na pozbywanie się ciał, trzymał je w beczkach z alkoholem we własnym mieszkaniu, a gdy sąsiedzi skarżyli się na zapach, po prostu rozpylał tanie perfumy po całym pomieszczeniu. Poza tym był niski, miał braki w uzębieniu i duże problemy z kontaktami międzyludzkimi. Po zwiastunach „Der goldene Handschuh” widać, że będzie się on cechował ciekawą estetyką, mającą z jednej strony coś z wystylizowanych produkcji Wesa Andersona, z drugiej zaś z przesiąkniętych brudem i biedą filmów takich jak „Dom zły” Smarzowskiego czy „Oliver Twist” Polańskiego. Zdecydowanie nie upatruję w tym obrazie faworyta imprezy, ale ze względu na potencjał komediowy jest duża szansa, że trafi on do polskich kin.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

„Elisa y Marcela” / „Elisa & Marcela”

reżyseria: Isabel Coixet

występują: Natalia de Molina, Jorge Suquet, Francesc Orella i inni
gatunek: biograficzny, melodramat
kraj: Hiszpania

 Isabel Coixet to pochodząca z Barcelony reżyserka, która zwróciła na siebie uwagę już swoim debiutem, „Demasiado viejo para morir joven” („Zbyt starzy by umrzeć młodo”) (1989), za który otrzymała nominację do nagrody Goya dla najlepszego młodego reżysera. Później była nominowana do tego wyróżnienia jeszcze wielokrotnie, kilka razy wygrywając w kategoriach reżyser, scenariusz i film dokumentalny. Światową sławę przyniosły jej dwa tytuły: „Moje życie beze mnie” (2003) oraz „Życie ukryte w słowach” (2005), które pokazały, że nie boi się ona podejmowania trudnych tematów i ambitnych wyzwań, co potwierdziła jeszcze adaptacją powieści Philipa Rotha („Elegia” z 2008 roku) – fakt, że niezbyt udaną. Reżyserka ta ma niestety skłonność do zbytniego sentymentalizmu, co niekiedy ją gubi – czego przykładem może być jej ostatni obraz wyświetlany na polskich ekranach, „Księgarnia z marzeniami” (2017). Nie przeszkadza jej to jednak w zdobywaniu uznania widzów oraz w przyciąganiu dobrej, międzynarodowej obsady do swoich kolejnych projektów (grali u niej m.in. Sarah Polley, Tim Robbins, Penélope Cruz, Ben Kingsley, Patricia Clarkson, Bill Nighy – niektórzy wielokrotnie). Coixet znana jest z dobrej współpracy z aktorami, którym daje dużą swobodę twórczą. Była też zapraszana do projektów grupowych, wspólnie z największymi współczesnymi twórcami filmowymi („Zakochany Paryż” i „Niewidzialni”). W 2009 roku jej „Mapa dźwięków Tokio” brała udział w konkursie głównym w Cannes.

Selekcjonerzy festiwalu berlińskiego mają chyba słabość do Isabel Coixet, gdyż w tym roku po raz czwarty jej film został zakwalifikowany do konkursu głównego. „Elisa i Marcela” to oparta na faktach historia pierwszego małżeństwa jednopłciowego w Hiszpanii, kiedy to 8 czerwca 1901 roku Marcela Gracia Ibeas (Greta Fernández) przyjęła męską tożsamość Mario Sáncheza, aby poślubić swoją miłość, Elisę Sanchez Loriga (Natalia de Molina), z którą związana była od 15 lat. Film z pietyzmem rekonstruuje realia Galicji z przełomu XIX i XX stulecia. Pierwsze fragmenty, prezentowane podczas festiwalu w San Sebastián, przykuły uwagę czarno-białymi zdjęciami Jennifer Cox (inspirowanymi rzekomo filmem „Królowa Kelly” (1929) z Glorią Swanson) oraz muzyką Sofíi Oriany Infante i piosenką portugalskiego twórcy Salvadora Sobrala (laureata Konkursu Piosenki Eurowizji w 2017 roku). Obraz wyprodukowany został dla Netflixa, gdzie ma mieć premierę jeszcze w tym roku. Czyżby platforma miała nadzieję na powtórzenie sukcesu „Romy”?

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar

„Répertoire des villes disparues” / „Ghost Town Anthology”

reżyseria: Denis Côté

występują:  Robert Naylor, Jocelyne Zucco, Diane Lavallée i inni
gatunek: psychologiczny, fantasy
kraj: Kanada

Denis Côté urodził się w 1973 roku we frankofonicznej części Kanady. Już w wieku 20 lat założył własną firmę zajmującą się produkcją filmów. Zanim rozpoczął swoją przygodę z reżyserią, pracował jako dziennikarz i krytyk filmowy. Udzielał się również na lokalnej, undergroundowej scenie muzycznej. Côté w wywiadach podkreśla, jak ważna jest dla niego przynależność do francuskojęzycznej mniejszości kanadyjskiej, której kulturę i odmienność stara się przekazywać we własnych dziełach. Akcja filmów rozgrywa się zawsze w okolicach jego rodzinnych stron (Quebec) i często opowiada o problemach małych, wycofanych z wielkomiejskiego świata miejscowości. Jak sam mówi, są to jedyne znane mu tereny i nigdzie indziej nie umiałby tworzyć.

W 2005 roku ukończył swój pełnometrażowy reżyserski debiut „Drifting States”, który został nagrodzony Złotym Lampartem w konkurencji Video na festiwalu w Locarno. Po raz kolejny, na tym samym festiwalu, zdobył jeszcze dwa razy Srebrnego Lamparta za reżyserię. Pierwszego przyniosła mu w 2008 roku „Ona chce chaosu”, a drugiego w 2010 roku „Curling”. Jego pierwszym zwycięstwem na Berlinale był Srebrny Niedźwiedź z Nagrodą im. Alfreda Bauera za tytuł „Vic+Flo zobaczyły niedźwiedzia” z 2013 roku. W tym roku wybiera się do Berlina powalczyć w konkursie głównym z dramatem „Ghost Town Anthology”.

Ghost Town Anthology” lub w oryginale „Répertoire des villes disparues” to historia małego miasteczka zamieszkiwanego przez 215 ludzi, położonego gdzieś w kanadyjskiej prowincji Quebec. Kiedy młody Simon Dubé ginie w wypadku samochodowym, spokój i monotonia miasteczkowego życia zostają zakłócone. Mieszkańcy nie chcą rozmawiać o tragedii, a żałoba i panika powoli rozprzestrzeniają się po ludziach. Pośród nieustającej, mroźnej zimy, której dni wloką się w nieskończoność, z mgły zaczynają wyłaniać się tajemnicze postacie dokonujące dziwnych rzeczy.

 
Ania Grudziąż
Ania Grudziąż
Systemsprenger

„Systemsprenger” / „System Crasher”

reżyseria: Nora Fingscheidt

występują: Helena Zengel, Albrecht Schuch, Lisa Hagmeister i inni
gatunek: dramat
kraj: Niemcy

Dla niemieckiej reżyserki Nory Fingscheidt znalezienie się w konkursie głównym na festiwalu w Berlinie jest wielkim wyróżnieniem. Swoją przygodę z filmem zaczynała właśnie pracą na festiwalach, ze szczególnym uwzględnieniem Berlinale. Po jakimś czasie związała się ze szkołą filmową filmArche e.V., dzięki której zrealizowała trzy filmy krótkometrażowe oraz angażowała się w międzynarodowe projekty dla młodzieży. W 2008 roku dostała się na reżyserię na Akademii Filmowej Badenii-Wirtembergii. Stworzona na studiach etiuda „Syncope” została nominowana do German Short Film Award 2012. Zaowocowało to uzyskaniem stypendium na wymianę pomiędzy szkołami filmowymi na Uniwersytecie Kalifornijskim. Nakręcony na najbardziej znanej plaży w Los Angeles krótkometrażowy dokument „Boulevard’s End” okazał się krokiem milowym dla młodej, aspirującej reżyserki. Był obecny na ponad 40 festiwalach. Przed pracą nad „Systemsprenger” Fingscheidt stworzyła swój film dyplomowy o tytule „Without This World”. Nad swoim debiutem pracowała trzy lata, poszukując inspiracji i doskonaląc swój warsztat.

Zapowiada się intrygująco. Film przedstawia historię małej, ale za to bardzo nietuzinkowej dziewczynki. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz ją stamtąd wyrzucają. Dziewięciolatka określana jest przez opiekę społeczną tytułowym łamaczem systemu. Mała, ale dzika i niebezpieczna. I nic nie zmierza w kierunku jakiejkolwiek zmiany. Jedynym marzeniem Benni jest powrót do mieszkania z mamą. Rodzicielka jest przerażoną tą wizją, boi się własnej córki. Dziewczynce na wszelkie możliwości próbuje pomóc pracownica opieki społecznej poprzez znalezienie stałego miejsca, w którym mogłaby poczuć się bezpiecznie. Kobieta zatrudnia terapeutę, który ma pomóc w radzeniu sobie z agresją i złością. Staje się światełkiem w tunelu, promykiem nadziei. Czy mu się powiedzie? W sytuacji, w której wszyscy uciekają, pomoc Michy okazuje się jedyną nadzieją dla zagubionego dziecka poszukującego upragnionej normalności. Przypadek trudny, być może spisany na straty.

Ola Szwarc
Aleksandra Szwarc

„La paranza dei bambini” / „Piranhas”

reżyseria: Claudio Giovannesi

występują: Francesco Di Napoli, Viviana Aprea, Pasquale Marotta i inni
gatunek: gangsterski
kraj: Włochy

Claudio Giovannesi, mimo że niedawno przekroczył czterdziestkę, pozostaje reżyserem mało znanym, rozpoznawalnym tylko przez prawdziwych koneserów kina z Półwyspu Apenińskiego. Po zrobieniu dyplomu z literatury nowożytnej rzymianin ukończył słynną Centro Sperimentale di Cinematografia. W trakcie studiów współpracował z telewizyjnym programem satyrycznym „Blob”. Doświadczenie reżyserskie zbierał jako dokumentalista, pierwsze szlify zyskując dzięki nowelowym „Sintonie di Primavera” i „Ciao Alberto”, a potem nakręcił kilka krótkich metraży. W roku 2009 zadebiutował „La casa sulle nuvole”. Opowiadał on o dwóch braciach, których nie łączy nic, ale wspólna podróż do Maroka do dawno niewidzianego ojca umożliwi naprawę więzi rodzinnych. Film zyskał przychylne oceny, a na festiwalu w Brukseli otrzymał Nagrodę Specjalną Jury. Dokument „Fratelli d’Italia” udowadniał, że wyjątkowe miejsce w jego twórczości zajmują młodzi ludzie wyrzuceni przez różne uwarunkowania na margines. Na festiwalu w Rzymie otrzymał za niego wyróżnienie jury, a w 2012 roku powrócił tam z „Alì ha gli occhi azzurri”, tym razem zgarniając nagrody za debiut lub drugi film oraz Specjalną Nagrodę Jury. Perypetie dwóch nastoletnich uczniów szkoły hotelarskiej w podrzymskiej Ostii próbujących poradzić sobie z rzeczywistością cieszyły się sporym zainteresowaniem na światowych imprezach filmowych (m.in. Angers, Bruksela, Tribeca). W nagrodzonym w Turynie „Wolfie” rekonstruował rozmowę syna rabina Benjamina Murmelsteina (przewodniczącego Judenratu w getcie w Theresienstadt) z psychoanalitykiem Davidem Meghnagim. Giovannesi starał się tym samym zrozumieć nieoczywistą postać, jaką był ojciec bohatera jego dokumentu, który współpracował z nazistami, po wojnie był sądzony i uwolniony od zarzutów kolaboracji, ale na obczyźnie w Rzymie skazany na ostracyzm przez żydowską gminę.

Przełomem w karierze Włocha okazał się udział w projekcie „9×10 novanta”. Obok ośmiu innych nieopierzonych reżyserów (w tym Alice Rohrwacher) pojechał z nim na festiwal w Wenecji. To jednak kolejnym filmem udowodnił swoje aspiracje. W „Kwiatku” wracał do ulubionych tematów. W centrum postawił młodziutką przestępczynię, bardziej zagubioną przez rodzinne i systemowe uwarunkowania niż rzeczywiście zdeprawowaną. W tej doskonale udokumentowanej opowieści przekonuje szczera energia ekipy złożonej w większości z naturszczyków. Film startował w sekcji Quinzaine des Réalisateurs w Cannes, a następnie zdobył sześć nominacji do włoskich Oscarów, czyli David di Donatello (jedna statuetka dla Valerio Mastandrei za drugoplanową rolę ojca skazanej dziewczyny). Giovannesi, zanim podjął się nowego wyzwania kinowego, próbował sił w telewizji kręcąc gościnnie dwa odcinki kultowego już serialu „Gomorra” luźno opartego na powieści Roberta Saviano. Do Berlina przywozi natomiast adaptację innej książki tego pisarza. Scenariusz „La paranza dei bambini” napisał razem z Maurizio Brauccim („Reality”, „Pasolini”) i samym Saviano. Wybrany temat wydaje się idealny do realizacji akurat przez tego twórcę. Tytułowe dzieciaki są planktonem miejscowych gangów, zrobią wszystko, aby tylko przeżyć na neapolitańskiej ulicy. Kradzież, handel dragami, wymuszenia czy morderstwo z zimną krwią – wszystko jedno, to ich chleb powszedni. Wyrostki w wieku od dziesięciu do piętnastu lat znają tylko takie reguły, jakie wpoiła im camorra. Szkoła i inne perspektywy na przyszłość są w tym świecie mrzonką, liczy się tylko to, co materialne. Świeży narybek, sześciu kumpli z dzielnicy Sanità (jak przystało na Giovannesiego grani przez chłopców właśnie stamtąd) przemierzają swoje włości na skuterach, uzbrojeni po zęby. Dla mafijnych bossów nic nie znaczą, są jedynie pionkami, sami mierzą za to bardzo wysoko. W ich świecie śmierć czai się za każdym rogiem, rzekomy awans społeczny i bogactwo wydają się jednak na wyciągnięcie ręki, więc dzieciaki palą się do kolejnych brudnych interesów. Celnie ich drapieżność i pazerność opisuje angielski tytuł festiwalowy, czyli „Piranhas”. Rzeczywiście, jak wiemy zresztą ze wzmiankowanego serialu „Gomorra”, są jak ławica niebezpiecznych ryb, która może zagryźć większe od siebie osobniki. Coś mi mówi, że znany z empatii do młodocianych wykolejeńców reżyser dostrzeże w nich coś więcej niż rzezimieszków. Jest tu potencjał na czarnego konia berlińskiego konkursu głównego.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

„Obywatel Jones” / „Mr. Jones”

reżyseria: Agnieszka Holland

występują: Vanessa Kirby, James Norton, Peter Sarsgaard i inni
gatunek: biograficzny, thriller
kraj: Polska / Wielka Brytania / Ukraina

O tym, że Agnieszka Holland jest najbardziej cenioną polską reżyserką, nie trzeba nikomu mówić. Już od samego początku kariery można było dostrzec w niej ogromny talent oraz bystre oko. Samodzielny debiut fabularny „Aktorzy prowincjonalni” był jednym z ważniejszych dzieł nurtu kina moralnego niepokoju. Oprócz pochwał krytyków reżyserce udało się za niego otrzymać nagrodę FIPRESCI w Cannes. Stworzone tuż przed stanem wojennym „Kobieta samotna” i zdobywca Złotych Lwów w 1981 roku „Gorączka” tylko umocniły jej rolę w branży filmowej. Nieustannie ograniczająca władza w latach 80. okrajała swobodę twórczą, toteż by móc spełnić swoje ambicje artystyczne, Holland zdecydowała się na emigrację. Opłaciło się: wyreżyserowane w RFN „Gorzkie żniwa” zostały nominowane do Oscara. Polka zyskała większy rozgłos, a po wyjeździe do Francji stworzyła obraz „Europa, Europa”, za który wygrała na gali rozdania Złotych Globów oraz uhonorowano ją nominacją do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany. Pod koniec wieku zdecydowała się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie zrealizowała chociażby „Plac Waszyngtona”. Trzecią nominację od Akademii przyniosło jej za to traumatyczne „W ciemności” opowiadające o człowieku pomagającym Żydom ukrywać się w kanałach podczas II wojny światowej. Mówią, że historia lubi się powtarzać – nie pierwszy raz obraz Holland znalazł się w konkursie głównym na Berlinale, wcześniej ten zaszczyt przypadł „Gorączce” oraz „Pokotowi”, który wyróżniono Nagrodą im. Alfreda Bauera. Nigdy nie udało jej się jednak sięgnąć po najwyższy laur. Czy „Obywatel Jones” to zmieni?

Agnieszka Holland znana jest z zamiłowania do przenoszenia niejednoznacznych i trudnych wydarzeń na ekran. Tym razem na warsztat bierze przeżycia młodego dziennikarza, tytułowego Garetha Jonesa. Mężczyzna stał się obiektem zainteresowania zaraz po tym, jak opublikował artykuł o swoich odczuciach po spotkaniu z Adolfem Hitlerem w 1933 roku. Ambitny reporter zamierza zaznajomić się z tematem gwałtownej modernizacji Związku Radzieckiego. Przygotowuje się do wywiadu z Józefem Stalinem, dlatego decyduje się na odwiedziny Moskwy. Po przyjeździe poznaje utalentowaną kobietę, dzięki której odkrywa zatrważającą prawdę na temat ZSRR. Prawdę niedostępną dla zwykłego śmiertelnika, tuszowaną przez cenzorów. Samotna podróż po Ukrainie pozwala mu się stać naocznym świadkiem tragedii tamtejszych ludzi. Widzi nędze, o której pisał Dostojewski, odbierającą człowieczeństwo. Ludzie ciężko harują, by imperium Stalina mogło utrzymać pozycję potęgi. Gdy wraca do Wielkiej Brytanii, przelewa to, co zobaczył, na papier. Podjęte zostają próby wyciszenia publikacji. Nawet zachodni redaktorzy podważają autorytet autora tekstu. Mimo przeciwności losu prawda okazuje się najważniejsza. Gareth Jones nadziei upatruje w George’u Orwellu, pisarzu, którego twórczość współcześnie uznawana jest za klasykę literatury. Chcących samemu sprawdzić jakość najnowszego obrazu polskiej reżyserki ucieszy informacja o tym, że premiera już 3 marca.

Ola Szwarc
Aleksandra Szwarc

„Der Boden unter den Füßen” / „The Ground Beneath My Feet”

reżyseria: Marie Kreutzer

występują:  Valerie Pachner, Pia Hierzegger, Mavie Hörbiger i inni
gatunek: dramat
kraj: Austria

Austriacka reżyserka Marie Kreutzer oprócz krótkich metraży karierę zaczynała, tworząc seriale dokumentalne. Tak w 2003 roku powstał dziesięcioodcinkowy „Sendung ohne Namen”, rok później „Die sieben Todsünden”, a w 2007 „Kreutz und Quer”. W 2011 roku Kreutzer nakręciła pierwszy film kinowy – „Bez ojca”. Głównym bohaterem jest lekarz Niki wracający z dużego miasta do rodzinnego domu na wsi, do umierającego ojca. Tam spotyka od lat niewidziane rodzeństwo. Dorosłe już dzieci zaczynają zagłębiać się w nierozwiązane rodzinne sprawy i dramaty. Mimo że był to dopiero pierwszy pełny metraż reżyserki, dostała ona nominację za najlepszy scenariusz podczas Austrian Film Award. „Bez ojca” zostało także wyróżnione na Berlinale jako najlepszy debiut w 2011 roku. Kolejny w filmografii jest „Gruber geht” (2015) o trzydziestokilkulatku, który musi pogodzić się z diagnozą związaną być może nawet ze śmiercią. Ta produkcja z kolei zapewniła Kreutzer nominacje na festiwalu filmowym w Zurychu oraz Austrian Film Award. W 2016 roku powstało „Byliśmy cool” – historia trzech par przyjaciół decydujących się na dzieci w tym samym czasie. Wiodący dotychczas beztroskie życie hipsterów muszą zmierzyć się z całkowicie nowymi obowiązkami. „Die Notlüge” jest filmem telewizyjnym sprzed dwóch lat, gdzie Marie Kreutzer odpowiadała jedynie za reżyserię, nie za scenariusz. Inna współpraca to „Cure: The Life of Another” – tutaj z kolei Austriaczka była współtwórczynią scenariusza.

Do Berlina wraca po ośmiu latach, ostatni raz gościła tam ze swoim debiutem. „Der Boden unter den Füßen” w centrum wydarzeń umieszcza Lolę – bezwzględną bizneswoman z aspiracjami do kontrolowania wszystkiego. Właśnie to zaczyna gubić ją w jej życiu prywatnym. Dodatkowym zmartwieniem staje się dla Loli starsza siostra z chorobą psychiczną. Niemiecki producent opisuje najnowszy film Kreutzer jako „współczesny dramat z silną rolą kobiecą, dotykający złożoności rodzinnych więzi i sposobu, w jaki radzimy sobie z długo skrywanymi sekretami”. Po tym podsumowaniu widać, że reżyserka po raz kolejny stawia na nieodkryte rodzinne tajemnice i protagonistów z rozterkami. Pozostaje w takim razie pytanie, czy tak jak w przypadku „Bez ojca” okaże się to recepturą na sukces w walce o Niedźwiedzia?

Ania Wieczorek
Ania Wieczorek

„Synonymes”

reżyseria: Nadav Lapid

występują:  Tom Mercier, Quentin Dolmaire, Louise Chevillotte i inni
gatunek: komediodramat
kraj: Francja / Izrael

Pochodzący z Tel Awiwu Nadav Lapid studiował filozofię i literaturę francuską, a także ukończył jerozolimską Szkołę Filmowo-Telewizyjną im. Sama Spiegela. Z przemysłem filmowym związana jest także jego matka, Era Lapid, która pracuje przy każdym jego projekcie jako montażystka. „Policjant” z 2011 roku, pełnometrażowy debiut Nadava, opowiada o podziałach klasowych współczesnego Izraela poprzez historię członka jednostki antyterrorystycznej, próbującego pogodzić burzliwe życie prywatne ze żmudną walką przeciwko radykałom, skutkującą śmiercią palestyńskich cywilów. Film zdobył m.in. Nagrodę Jury w Locarno oraz nagrody za najlepszy film w Buenos Aires i San Francisco. Drugi film, francusko-izraelska koprodukcja „Przedszkolanka” prezentowana w ramach canneńskiego Semaine de la Critique, również został dobrze przyjęty, a niedawno doczekał się amerykańskiego remake’u. Opowiadał historię kilkuletniego, obiecującego poety, którego nauczycielka chce za wszelką cenę pielęgnować jego talent, na przekór rodzinie chłopca i lokalnej społeczności. Izrael został przedstawiony jako zastygłe miejsce, z którego wyjątkowe jednostki pragną się wyrwać.

Wątek ten zdają się kontynuować najnowsze „Synonymes”, quasi-autobiograficzna opowieść o losach imigranta w wielokulturowym Paryżu. Yoav, mimo że pierwsze noce w stolicy kończą się dla niego okradzeniem z bagażu, jest zdeterminowany dokończyć proces naturalizacji. Widzi swoją żydowską tożsamość jako guz, który niezwłocznie trzeba usunąć. Przestaje używać ojczystego hebrajskiego i nie rozstaje się ze słownikiem. W celu asymilacji ogranicza kontakt z rodakami do minimum i zaprzyjaźnia się z francuską parą, której to intencje i metody wsparcia mężczyzny wydają się co najmniej nieortodoksyjne…

Dawid Smyk
Dawid Smyk

„Gospod postoi, imeto i’ e Petrunija” / „God Exists, Her Name Is Petrunya”

reżyseria: Teona Strugar Mitevska

występują: Zorica Nusheva, Łabina Mitewska, Stefan Vujisič i inni
gatunek: satyra, obyczajowy, społeczny
kraj: Macedonia / Belgia / Chorwacja / Francja / Słowenia

Zanim spadnie deszcz” z 1994 roku to film-ikona macedońskiej kinematografii. Złoty Lew w Wenecji, jedyna historyczna nominacja do Oscara (Macedonia wciąż jako jeden z niewielu krajów europejskich nie zawsze wysyła do Hollywood swojego przedstawiciela), a także ekranowy debiut najbardziej znanej na świecie aktorski z tego kraju – Łabiny Mitewskiej. Wychowana na zagranicznych uczelniach (studiowała w Arizonie i w Danii), świetnie mówiąca po angielsku, patrząca bez kompleksów na zachód. W postkomunistycznej Byłej Jugosłowiańskiej Republice Macedonii Mitevska była jak powiew świeżego powietrza w odradzającym się światku filmowym. W 2001 roku zatem ponad pół dekady po sukcesach „Deszczu…”, wielkie chwile na Berlinale przeżywa Teona Strugar Mitevska. Rok starsza siostra Łabiny do Niemiec przyjechała z „Wetą”, debiutancką krótkometrażówką przepracowująca w metaforycznej formie traumę wojny jugosłowiańskiej. Twórczyni wzięła na warsztat mit o autobusie, który miał przez cały czas trwania konfliktu kursować codziennie między Skopje a Belgradem i użyła go za kanwę do opowiedzenia o chęci zachowania człowieczeństwa. Zdobyta przez „Wetę” nagroda sekcji Panorama Berlinale otworzyła jej drogę do międzynarodowego finansowania i miejsca w konkursie głównym festiwalu w Rotterdamie dla jej debiutanckiego „Jak zabiłem świętego” („Kako ubiv svetec”). W tej bardzo osobistej historii obsadziła siostrę w głównej roli kobiety, która po trzech latach powraca do ojczyzny, by odkryć, że z upływem czasu Macedonia zamiast normalnieć pogrąża się w chaosie. Rozliczanie tego jak jej kraj (nie) radzi sobie z transformacją ustrojową stanie się stałym tematem obrazów Mitevskiej. „Jestem z Titov Veles” to jak do tej pory największy artystyczny i kasowy sukces Mitevskiej. Reżyserka zabrała tam widzów na prowincję do tytułowego miasta Wełes. Przed dwoma tysiącami lat znajdowała się tam stolica Peonii, hellenistycznego królestwa, które według legend wystawiało swoje armie pod Troją. W czasach komunistycznych znajdował się tam ważny ośrodek przemysłowy, który wtedy gwarantował zatrudnienie, dobre zarobki i opiekę państwa, a teraz zapewnia przedwczesną śmierć na raka i powszechne wady płodów. W nowym wspaniałym świecie tworzącego się neoliberalnego kapitalizmu nie ma miejsca na socjalną opiekę ze strony państwa, a znaczenie mają tylko ci bogaci na tyle, by móc się uwłaszczyć na dzikiej prywatyzacji. W tym całym koszmarze prowincjonalnego życia próbują się odnaleźć trzy siostry. Szukająca ukojenia w przygodnym seksie, najmłodsza Safo; niema, ale i piękna Afrodyta wciąż szukająca tego jedynego, któremu będzie mogła oddać swoje dziewictwo; oraz pełniąca funkcję głowy rodziny Sławika starająca się wytrwać bez narkotyków. Nadzieją na zmianę morderczego status quo jest pragnienie Safo, by uciec do Grecji, ale czy ma ono, chociażby szansę się ziścić?

Do tegorocznego berlińskiego konkursu Mitevska przyjeżdża z filmem „Bóg istnieje, na imię jej Petrunia” („Gospod postoi, imeto i’ e Petrunija”), magiczną, przypowieściową wręcz historią prowincjonalną, która duchem przypomina podobno produkcje Andrzeja Jakimowskiego czy Kena Loacha. Tytułowa Petrunia to historyczka po trzydziestce, w kraju, jak mówi sama reżyserka, w którym nikt już historii nie potrzebuje. Gdy po raz kolejny nie dostaje pracy, w przypływie impulsu decyduje się wziąć udział w corocznych zawodach przywitania wiosny, w których młodzi śmiałkowie mierzą się w próbach wyciągnięcia świętego krzyża. Główna bohaterka w desperacji, do jakiej zdolna jest tylko jednostka wykluczona z kapitalistycznego społeczeństwa, jest szybsza niż ktokolwiek inny i wygrywa zawody. Przez jeden dzień i jedną noc jest bohaterką i obiektem zainteresowania mediów. To ma być jednocześnie wściekła i melancholijna satyra na współczesne społeczeństwo macedońskie, kwestionująca efekty przemian kapitalistycznych, uderzająca w państwo, gdzie liczą się tylko biznesmeni i Kościół, a wykluczeni nie mają prawa głosu.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

„Ut og stjæle hester” / „Out Stealing Horses”

reżyseria: Hans Petter Moland

występują: Stellan Skarsgård, Tobias Santelmann, Danica Ćurčić i inni
gatunek: dramat
kraj: Norwegia / Dania / Szwecja

Hans Petter Moland to jedynie z pozoru jeden z tzw. no-name’ów w tegorocznym konkursie na Berlinale. Przy bliższym przyjrzeniu się jego filmografii mógłby pretendować niemal do miana berlińskiego weterana. Ale po kolei… Urodzony w Oslo, ale swoje młodzieńcze lata spędził w Stanach Zjednoczonych, gdzie do 1978 roku filmowego fachu uczył się w Emerson College. Po studiach zatrudnił się w renomowanej nowojorskiej firmie Giraldi Productions, zajmującej się produkcją reklam i teledysków. W 1988 roku założył już w Norwegii Moland Film Co., które obecnie uważane jest za najważniejszego producenta reklam w Skandynawii. Za wyreżyserowane przez siebie reklamy (które kręcone były również w Polsce) otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. Golden Lion na Cannes Commercial Film Festival.

W 1993 roku zadebiutował w pełnometrażowej fabule „Secondløitnanten”, której akcja dzieje się w okupowanej przez nazistów Norwegii. Pod tytułem „The Last Lieutenant” trafiła ona również do dystrybucji w USA. O dwa lata późniejsze „Zero stopni w skali Kelvina” to już początek festiwalowych sukcesów w postaci Specjalnego Wyróżnienia Jury w San Sebastián, a także Amandy dla najlepszego norweskiego filmu roku. Niemniej ważna okazała się zapoczątkowana wtedy długoletnia współpraca z mało znanym wówczas szwedzkim aktorem Stellanem Skarsgårdem, który zagrał również w następnym dziele Molanda, „Aberdeen”. Anglojęzyczny film z młodą Leną Headey (znana obecnie z roli Cersei w „Grze o tron”) pokazywany był w konkursie w Karlowych Warach, ale również na polskim Camerimage, gdzie Brązową Żabą nagrodzono ulubionego operatora Molanda, Philipa Øgaarda. Było to też pierwsze dzieło reżysera, które otrzymało polską dystrybucję. Co ciekawe, przy filmie brali udział polscy twórcy: kompozytor Zbigniew Preisner i scenograf Janusz Sosnowski, którego Moland zna i uważa za przyjaciela od końca lat 80. Opatrzona ponownie muzyką Preisnera koprodukcja norwesko-amerykańska „Kraina szczęścia” z Timem Rothem i Nickiem Noltem miała swoją premierę na festiwalu w Berlinie, podobnie jak „Pewien dżentelmen” z 2010 roku i „Obywatel roku” z 2014 roku, oba z niezawodnym Skarsgårdem w roli głównej i oba pokazywane w polskich kinach. Największym sukcesem komercyjnym okazał się jednak kryminał na podstawie bestsellerowej powieści „Wybawienie” z cyklu o Departamencie Q. Mieliśmy zatem wiele okazji w naszym kraju, by zapoznać się z dziełami norweskiego reżysera.

W wielu swoich filmach Moland zafascynowany kinem amerykańskim, w udany sposób łączy gatunkowe prawidła rodem z USA z europejską refleksją nad współczesnym człowiekiem i społeczeństwem. Jego bohaterzy często walczą o naprawę zniszczonych więzów rodzinnych i odkupienie za błędy z przeszłości, będąc wyrzutkami, przestępcami („Pewien dżentelmen”) czy alkoholikami („Aberdeen”). Reżyser wielokrotnie nasyca jednak swoje historie delikatnym, ale trafiającym w punkt, czarnym humorem i nadzieją na lepsze jutro.

Na dniach w USA przewidziana jest premiera nowego filmu Molanda „Cold Pursuit” z Liamem Neesonem i Laurą Dern w rolach głównych, będącego anglojęzycznym remakiem „Obywatela roku”. Prawdopodobnie Amerykanie potraktują to dzieło Molanda jako kolejny „akcyjniak Neesona”, a afera wokół, uznanych za rasistowskie, komentarzy aktora nie pomoże w promocji filmu. Niemal jednocześnie na Berlinale w konkursie głównym powalczy inne, tym razem norweskie w koprodukcji ze Szwecją i Danią, dzieło Molanda „Ut og stjæle hester” („Out Stealing Horses”). Film jest ekranizacją, wydanego również w Polsce, bestsellera Pera Pettersona „Kradnąc konie”, którego akcja dzieje się pod koniec XX wieku. Stellan Skarsgård wciela się w emeryta, który po śmierci żony osiedla się w małej wiosce. Spokój monotonnego życia zakłóci mu spotkanie z sąsiadem. Okaże się nim poznany w 1948 roku Lars, który przywróci niemiłe wspomnienia z II wojny światowej. Oprócz Skarsgårda w filmie wystąpią inni znani z poprzednich dzieł reżysera aktorzy: Bjørn Floberg i Pål Sverre Hagen. Czy Molandowi uda się przełożyć na język filmu książkę, której akcja dzieje się głównie „w głowie bohatera” i zdobyć po raz pierwszy w swojej karierze Złotego Niedźwiedzia? Będzie trudno, bo konkurencja jest olbrzymia, ale może do czterech razy sztuka.

Krystian Prusak
Krystian Prusak

„Grâce à Dieu” / „By the Grace of God”

reżyseria: François Ozon

występują: Melvil Poupaud, Denis Ménochet, Swann Arlaud i inni 
gatunek: dramat
kraj: Francja

François Ozon – enfant terrible francuskiego arthouse’u, a przy tym najsłynniejszy dziś globalnie twórca autorski z kraju nad Sekwaną. Paryżanin kończył reżyserię na prestiżowej uczelni La Fémis, a jego wczesne filmy krótkometrażowe z lat 90., jak „Letnia sukienka” czy „Sceny łóżkowe”, zdradzały zainteresowanie ludzkimi seksualnościami, szczególnie tymi „innymi”, z powracającym potem motywem biseksualnego trójkąta na czele. Debiut pełnometrażowy – perwersyjnie dekonstruujący rodzinne dynamiki „Sitcom” – podzielił krytyków, ale już kolejne filmy, jak adaptacja zapomnianej sztuki jednego z mistrzów Ozona, Rainera Wernera Fassbindera pt. „Krople wody na rozpalonych kamieniach”, wzbudziły większy entuzjazm i zainteresowanie. Francuz zapracował sobie na reputację twórcy lekko kontrowersyjnego, ale raczej w ramach tradycyjnej, mieszczańskiej moralności. Dużo większe trudności w diagnozie sprawia jego indywidualizm, bo choć na przestrzeni obszernej filmografii wracał do kilku bliskich mu problemów, to zajmował się nimi w tak różnych konwencjach i estetykach, że trudno mówić o jednorodnym „stylu Ozona”. „Pod piaskiem” to wyciszony dramat psychologiczny o procesie żałobnym, „8 kobiet” – campowy musical hołdujący kryminałom Agathy Christie i starej szkole wystawnego, hollywoodzkiego melodramatu. W „Basenie” jawił się jako kontynuator tradycji neonoir, w „5×2” opowiadał o rozpadzie związku na wspak, w „Rickym” zaserwował nam off-beatową fantastykę, a ostatnio niemal równocześnie zaatakował nas czarno-białym dramatem o wojennej traumie („Frantz”) i szalonym erotycznym thrillerem w estetyce reklamy Ikei („Podwójny kochanek”).

A czym będzie startujące w głównym konkursie tegorocznego Berlinale „Grâce à Dieu”? Efektowny zwiastun oraz opis festiwalowy są dość jednoznacznymi tropami – zapowiada się demaskatorski thriller o kościelnej pedofilii. Podstawą jest prawdziwa historia Bernarda Preynata z parafii w Lyonie, który w 2016 roku został oskarżony o molestowanie bez mała 70 chłopców. Główni bohaterowie to dorośli mężczyźni walczący ze swoimi wewnętrznymi demonami w drodze po sprawiedliwość za traumę, która ich spotkała. W rolach głównych: Melvil Poupaud (znany z tytułowej roli w „Na zawsze Laurence” Xaviera Dolana, a u Ozona występujący wcześniej w „Czasie, który pozostał”), Denis Ménochet (pamiętne role w otwierającej scenie „Bękartów wojny” oraz wybuchowego ojca w „Jeszcze nie koniec” Xaviera Legranda) i Swann Arlaud („Cierpkie mleko”, „Przepis na miłość”). Czy filmem z tak sensacyjnym tematem i atrakcyjnie zapowiadającą się formą Ozon przebije się do ścisłego mainstreamu? Pozostaje nam czekać.

Dawid Smyk
Dawid Smyk
Ich war zuhause, aber 01

„Ich war zuhause, aber” / „I Was at Home, but”

reżyseria: Angela Schanelec

występują:  Franz Rogowski, Alan Williams, Devid Striesow i inni
gatunek: dramat psychologiczny
kraj: Niemcy / Serbia

Angela Schanelec, dziś znana powszechnie jako reżyserka, na początku celowała w aktorstwo. W 1984 roku ukończyła Akademię Sztuk Scenicznych we Frankfurcie nad Menem i od razu związała się z teatrem, występując w dziesiątkach sztuk. Przełomem w jej karierze okazało się rozpoczęcie nauk w Berlińskiej Akademii Filmu i Telewizji. Dzięki temu doświadczeniu zaczęła stawiać swoje pierwsze kroki na dużym ekranie (już w 1985 roku grając w „Der Tod des weißen Pferdes” prezentowanym w konkursie głównym Berlinale), w międzyczasie podłapując tajniki pracy reżyserskiej. Jako autorka debiutowała w 1994 roku filmem „Ich bin den Sommer über in Berlin geblieben”. Jej praca przez długi czas nie była zauważana przez światową widownię. Dopiero trzeci film pełnometrażowy, „Plätze in Städten”, odbił się echem, trafiając do Cannes w 1998 roku w sekcji Un Certain Regard. Dzieło nie odniosło ani artystycznego, ani tym bardziej kasowego sukcesu, lecz otwarło Schanelec furtkę do kolejnych festiwali. Było także ważnym ogniwem dla kształtującego się stylu Niemki, słynącej z obserwacji zwyczajnych czynności za pomocą oddalonej od bohaterów kamery, tworzącej świadomy dystans między widzem a ekranowym światem. Prezentowane w 2001 roku na festiwalu w Berlinie „Mein langsames Leben” stanowiło już kwintesencję reżyserii Schanelec. Główną bohaterkę poznawaliśmy poprzez jej pozornie nieistotne rozmowy ze znajomymi oraz rodziną. Tego zaś, czego nie potrafiono wyrazić słowami, podkreślały spontaniczne, swobodne sceny tańca, obecne również w „Plätze in Städten”. Dziś wielu filmoznawców podkreśla wyjątkowość dzieł Schanelec, zwracając uwagę na emocjonalną niejednoznaczność długich, statycznych ujęć.

W swym najnowszym utworze „Ich war zuhause, aber” (czyli w dosłownym tłumaczeniu: „Byłem/am w domu, ale…”) reżyserka opowiada, jak można się domyślić po tytule, o rodzinie. Historia rozpoczyna się od zniknięcia trzynastoletniego Philipa. Gdy chłopiec po tygodniu nieobecności, bez słowa wyjaśnienia wraca do mieszkania, matka zaczyna podejrzewać, iż powodem ucieczki mogła być niedawna strata ojca. Wkrótce rodzinę czekają kolejne dramaty. Na chwilę obecną, gdy nie ma jeszcze dostępnego zwiastuna filmu, a nawet zbyt wielu fotosów, trudno oszacować szansę Angeli Schanelec w tegorocznym konkursie. Opis dystrybutora zapewnia jedynie, że będzie to obraz na temat przemian zachodzących we współczesnej rodzinie, a styl reżyserki pozostał niezmienny. Szykujmy się więc na wysmakowaną prozę dnia codziennego.

Adrian Burz
Adrian Burz
The Kindness of Strangers 01

The Kindness of Strangers”

reżyseria: Lone Scherfig

występują: Zoe Kazan, Andrea Riseborough, Jay Baruchel i inni
gatunek: melodramat
kraj: Dania / Kanada

Lone Scherfig, uznana duńska reżyserka, zaczęła być rozpoznawana przez widzów osiemnaście lat temu. Wtedy to, po wyreżyserowaniu kilku produkcji telewizyjnych oraz dwóch filmów kinowych, dołączyła do manifestu Dogma 95 zapoczątkowanego przez Larsa von Triera i Thomasa Vinterberga, tworząc film „Włoski dla początkujących”. Decyzja ta okazała się kluczową dla jej kariery. Nie dość, że do dziś wymienia się dzieło Scherfig wśród najbardziej udanych przedstawicieli eksperymentalnego nurtu zapoczątkowanego przez skandynawskich reżyserów, to jeszcze zostało ono nagrodzone czterema nagrodami na festiwalu w Berlinie, w tym nadzwyczajną nagrodą jury. Sukces ten otworzył przed nią drzwi do realizowania kolejnych produkcji. Na początku na rodzimym rynku, a po dziewięciu latach w Wielkiej Brytanii, gdzie już pierwsze jej dzieło okazało się spektakularnym sukcesem kasowym, jak i artystycznym. Mowa tu o dramacie „Była sobie dziewczyna” opowiadającym, z niesłychaną gracją i wdziękiem, historię młodej dziewczyny uwiedzionej przez dużo starszego od niej mężczyznę. Film ten zarobił niemal czterokrotność swojego budżetu i został nominowany do trzech Oscarów, w tym za najlepszy film i pierwszoplanową rolę kobiecą dla Carey Mulligan, która dzięki występowi u Scherfig niemal z dnia na dzień wkroczyła do hollywoodzkiej pierwszej ligi. Kolejnym projektem realizowanym przez Dunkę był melodramat „Jeden dzień” – zdecydowanie najbardziej kasowy w jej karierze (niemal 60 mln dolarów w box office). Chociaż jest to tylko opowieści zrealizowana na podstawie bestsellerowej książki, trzeba przyznać, że stoi poziomem o wiele wyżej niż stereotypowe romansidła. Wszystko za sprawą pewnego nieuchwytnego klimatu przypominającego nieco trylogię Linklatera. Autorka tegorocznego filmu otwarcia przyzwyczaiła nas do tworzenia kina bazującego na relacjach damsko-męskich, dużo w nich akcentów feministycznych, charakteryzują się również umiejętnie zbudowanymi postaciami młodych ludzi.

W Berlinie Lone Scherfig zaprezentuje w tym roku „The Kindness of Strangers”. Jest to historia skrzyżowania się losów kilku pozornie niezwiązanych ze sobą osób, które spotkały się w rosyjskiej restauracji w Nowym Jorku. Wśród nich znajdą się samotna matka, która uciekła od agresywnego męża – policjanta, mężczyzna desperacko poszukujący pracy, pielęgniarka ostrego dyżuru, menadżer restauracji i jej właściciel. Cieszy fakt, że po raz pierwszy od ponad dekady Dunka zrealizuje swój własny scenariusz, więc spodziewam się czegoś przypominającego w budowaniu postaci i sposobie narracji bardziej „Włoski dla początkujących”, niż jej późniejsze, anglojęzyczne produkcje. 

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
Ondog

„Öndög”

reżyseria: Wang Quan’an

występują: Aorigeletu, Dulamjav Enkhtaivan, Gangtemuer Arild i inni
gatunek: dramat
kraj: Mongolia

Tegoroczny konkurs główny charakteryzuje się wyraźnie zaznaczoną obecnością Chin. Wang Quan’an to już stały bywalec berlińskiego festiwalu. Ten reprezentujący szóstą generację chińskich filmowców reżyser ma już na koncie Złotego Niedźwiedzia za „Małżeństwo Tui” (2006) oraz Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz dla „Razem i osobno” (2010). Do tego w 2017 roku zasiadał w Jury. Zadebiutował w 1999 roku „Zaćmieniem księżyca”. W przeciwieństwie do kolejnych jego dzieł, w których portretuje wiejskie społeczności, pierwszy film skupia się na skąpanych w neonowych barwach środowiskach miejskich. Trzon fabuły to typowa historia miłosna, ale od początku widać, że reżyser stawia na silne kobiece bohaterki i dramaty rodzinne. Był to zresztą początek owocnej współpracy z muzą i wieloletnią partnerką życiową Wanga, znaną aktorką Yu Nan. Potwierdziła ona swój talent występem w kolejnej produkcji, „Historii Ermei”. Jednak prawdziwym objawieniem okazało się obsypane nagrodami „Małżeństwo Tui”. Yu wciela się tam w ubogą kobietę z pasterskiej rodziny, której mąż ulega poważnemu wypadkowi. Żeby zapewnić byt rodzinie, podejmuje ona desperacką decyzję o rozwodzie i ponownym zamążpójściu, z zastrzeżeniem, że kandydat do jej ręki będzie zobowiązany utrzymać nie tylko ją i jej dzieci, ale także chorego eksmęża. Historia o wielkim poświęceniu w imię miłości przywołuje skojarzenia z „Przełamując fale” Larsa von Triera. Duszną atmosferę potęgują malownicze, acz przytłaczające obrazy mongolskich stepów. 

Właśnie w te rejony Wang wraca w tegorocznym filmie „Öndög”. Tytuł w języku mongolskim oznacza jajo. Enigmatyczny zarys fabuły sugeruje delikatny flirt z kinem gatunkowym. Młody policjant prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa. Punktem wyjścia jest odnalezienie przez niego nagiego ciała na pustkowiu. Całość jednak skręca w mistyczny, egzystencjalny arthouse. Bohater w wyniku upojnej nocy płodzi dziecko kobiecie, która zdaje się być lokalnym postrachem. Nieświadomie realizuje przy tym jej plan, który ściśle związany jest z tutejszym folklorem i mitologią. Wang stworzył ten obraz, zainspirowany swoimi przeżyciami z pobytu w Mongolii, gdzie jak twierdzi na nowo zrozumiał znaczenie życia, śmierci i miłości. Trudno oszacować, czy  reżyser ponownie wyjedzie z Berlina z nagrodą, ale poczułem się zaintrygowany. 

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
201914264_1_RWD_1380

„Di jiu tian chang” / „So Long, My Son”

reżyseria: Wang Xiaoshuai

występują: Ai Liya, Du Jiang, Li Jingjing i inni
gatunek: dramat obyczajowy
kraj: Chiny

Wang Xiaoshuai to jeden z najważniejszych twórców szóstej generacji chińskich reżyserów. Tworzy wyzbyte patetyczności historie, w których reprezentanci społeczności miejskich zmagają się z rzeczywistością pozbawioną złudzeń. Opierając swe fabuły na własnych doświadczeniach, odnosi się z empatią do migrantów ekonomicznych, a krytykuje współczesne społeczeństwo pogrążone w kryzysie wartości. W swoich filmach  portretuje tereny zurbanizowane i losy jednostek migrujących do betonowych dżungli. Wraca też do miejsc, gdzie dorastał. Przewijają się różne oblicza aglomeracji: nieprzystępne i pełne przemocy, obojętności, ale i afirmacji codzienności, a wszystko razem staje się fascynujące i dziwne. Kamera, przemieszczając się wzdłuż alejek i mijając tubylców, obrazuje różnice w zabudowach i poziomie życia ich mieszkańców.

Bohaterem „Roweru z Pekinu” jest młody chłopak, którego życie nie zapowiada się różowo po przeniesieniu z biednej, rodzinnej wioski do wielkiego miasta w pogoni za dobrobytem. Rodzi się pytanie: jakim kosztem? Nie tylko tu przyszłość stoi pod znakiem zapytania. W „Chongqing Blues” jałowy krajobraz miejski podlegający transformacji pomaga unaocznić pustkę, stan niebytu i opuszczenia młodych ludzi, pozostawionych samym sobie. Rozdźwięk między tradycją a nowoczesnością uwidacznia się nie tylko w architekturze miasta, ale i w trudnościach komunikacyjnych w obrębie społeczeństwa, jak i rodzin czy na poziomie różnic ideologicznych. W „11 kwiatach” i w debiucie „Dongchun de rizi” („The Days”) przewija się motyw wyalienowania artystów i intelektualistów, którzy nie mogą znaleźć dla siebie miejsca w strukturze społecznej i zyskać akceptacji otoczenia węszącego zagrożenie w ich odrębności. W „Di jiu tian chang” reżyser ponownie podejmie temat trudnych doświadczeń jednostek na tle burzliwych przemian zaraz po rewolucji kulturalnej, po szybki wzrost gospodarczy uwidaczniający dawne blizny. Małżeństwo pogrążone we wspomnieniach po stracie syna przeprowadza się do wielkiego miasta. Zmieniające się czasy utrudniają im znalezienie się w obcym miejscu. Zachęca informacja prosto od twórcy, że najnowszy obraz obejmujący trzy dekady chińskiej historii, będzie przedsięwzięciem o większej skali niż jego wcześniejsze produkcje. 

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska

„Yi miao zhong” / „One Second”

reżyseria: Zhang Yimou

występują: Zhang Yi, Fan Wei, Liu Haocun i inni
gatunek: dramat historyczny
kraj: Chiny

Spośród wszystkich startujących w tegorocznej edycji festiwalu w Berlinie Chińczyk Zhang Yimou wydaje się twórcą najbardziej doświadczonym, a na pewno może poszczycić się największą liczbą nagród na koncie. Do jego imponującej kolekcji trzeba wliczyć triumf w stolicy Niemiec debiutanckim „Czerwonym sorgiem” na podstawie powieści noblisty Mo Yana oraz aż dwa Złote Lwy w Wenecji („Historia Qiu Ju” i „Wszyscy albo nikt”). W Cannes co prawda nigdy nie wygrał, za „Żyć!” dostał tam Nagrodę Jury Ekumenicznego, a za „Szanghajską triadę” laur za stronę techniczną. Gdy drugi w karierze film „Ju Duo” otrzymał nominację do Oscara, międzynarodowe zainteresowanie jego twórcą sięgnęło zenitu. Była to pierwsza szansa Chińczyków na to wyróżnienie przy ósmej próbie, do dziś udało się tylko raz powtórzyć ten sukces – w roku 2002 uczynił to znowu Zhang, tym razem „Hero”. Film ten zresztą stanowił cezurę w dotychczasowym dorobku autora „Zawieście czerwone latarnie”. Dotychczas słynął on ze współpracy z pięknością Gong Li (była nie tylko jego muzą ekranową, ale też partnerką życiową), kunsztowną inscenizacją, właściwą byłemu operatorowi dbałością o kolorystyczne niuanse dzieła czy zamiłowaniem do tematyki społecznej. Jednocześnie skutecznie unikał poruszania problemów Państwa Środka, a tym samym krytyki partii komunistycznej. „Hero”, kosztujący ponad 30 milionów dolarów epicki spektakl barw, emocji i pojedynków wpisany w gatunek wuxia, podbił świat i zarobił prawie 180 milionów. Pożyczony od Wong Kar-Waia operator Christopher Doyle, plejada chińskich gwiazd (Jet Li, Maggie Cheung, Tony Leung, Zhang Ziyi) oraz oczywiście umiejętności samego reżysera sprawiły, że o filmie mówiło się nie mniej niż o głośnym „Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku” Anga Lee.

Nic więc dziwnego, że kilka lat później, gdy szukano realizatora otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, to właśnie Zhang Yimou został wyznaczony na to stanowisko. Była to rzecz jasna niezwykła chwila, bo reżyser poradził sobie w tej roli doskonale, jednocześnie udowodnił tym samym swoje oddanie dla obowiązującego reżimu. Jego filmy coraz częściej umykały od traum współczesności ku kostiumowym, wystawnym, acz nieco pustym widowiskom. „Dom latających sztyletów” i „Cesarzowa” były jeszcze dziełami przejściowymi, gdzie Zhang testował nowe pola dla swej ekranowej wyobraźni, cieszył się z tego, że może oderwać bohaterów od zgrzebnej rzeczywistości, ubrać ich w zniewalające kostiumy i otoczyć zapierającymi dech w piersiach scenografiami. Problemy uwidoczniły się, gdy zaczął na państwowe zamówienie tworzyć blockbustery pod jedyną historyczną tezę, a w ramach współpracy z Hollywoodem zatrudniać amerykańskich aktorów. Osłodzone udziałem Christiana Bale’a „Kwiaty wojny” (mimo nominacji do Złotego Globu) ani tym bardziej koprodukcja „Wielki Mur” z Mattem Damonem, Willemem Dafoe i Pedro Pascalem nie zyskały zadowalającego zarobku, a krytyka nie zostawiła na nich suchej nitki.

Zeszłoroczny „Ying” prezentowany m.in. w Toronto, a który niestety nie dotarł na polskie ekrany, udowodnił, że to nie ostatnie słowo w karierze wybitnego chińskiego filmowca.  Jego długowieczność podkreśla również fakt, że koledzy z piątej generacji, Chen Kaige (to przy jego filmach zaczynał jako operator) i Tian Zhuangzhuang, dawno przestali kręcić lub zupełnie wypadli z obiegu, a on wciąż pozostaje aktywny zawodowo. Do Berlina Zhang przywozi film „Yi miao zhong” („One Second”) – historyczny dramat, którego akcja dzieje się podczas rewolucji kulturalnej. Dwoje bohaterów: on – zbieg z obozu pracy, ona – sierotka o kleptomańskich ciągotach. Połączy ich rolka 35 mm kroniki filmowej – dziewczyna kradnie puszkę z filmem tuż przed pokazem w wiosce gdzieś na prowincji, mężczyzna musi koniecznie zobaczyć tytułową jedną sekundę projekcji. Jaka tajemnica kryje się na filmie i po co komu celuloidowa taśma? Według festiwalowej zapowiedzi reżyser przygotował czułą celebrację w duchu swoich najlepszych dzieł, uzupełnioną o elementy kryminału i autentycznej miłości względem X Muzy. Co z tego wyszło? Dowiemy się już za kilka dni.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk