„Bankier oporu” – w drodze na Oscary: Holandia

„Bankier oporu” – w drodze na Oscary: Holandia

Wojenna historia Holandii widziana oczyma kinematografii to na pewno kilkanaście ekranizacji dziennika Anne Frank, specyficzne produkcje Paula Verhoevena (z „Żołnierzem Orańskim” i „Czarną księgą” na czele) czy militarne widowiska osnute wokół Operacji „Market Garden” („O jeden most za daleko”). Joram Lürsen w „Bankierze oporu”, dystrybuowanym przez Netflixa holenderskim kandydacie do Oscara, przedstawia dzieje swej ojczyzny z innej perspektywy.

Nie zobaczymy bowiem w filmie ani walk zbrojnych, ani tragicznych losów ludności żydowskiej. Tytułowym bohaterem jest Walraven van Hall – szanowany bankier i makler, któremu ruch oporu proponuje prowadzenie legalnego funduszu dla rodzin załóg Marynarki Handlowej niemogących wrócić do ojczyzny. Niejawnym celem Narodowego Funduszu Wsparcia ma być jednak pomoc materialna szykanowanym i wywożonym do Rzeszy niderlandzkim Żydom, a także ruchowi oporu ukrywającemu przeciwników nazistowskiego reżimu i organizującemu strajki powszechne (w mniejszym stopniu także akcje zbrojne). Van Hall zgadza się i odnajduje nowe powołanie. Angażuje się w prowadzenie funduszu tak bardzo, że wraz z bratem Gijsem postanawia zorganizować… napad na kontrolowany przez Niemców Holenderski Bank Narodowy, z którego naziści pobierają miesięczny haracz zwany eufemistycznie „kosztami okupacji”.

To opowieść z potencjałem, mogąca zwrócić uwagę na interesujący aspekt działalności ruchu oporu w okupowanej przez Niemców Europie. Rzadko bowiem zastanawiamy się, skąd takie organizacje czerpały niezbędne środki pieniężne. „Bankier…” cierpi jednakże na częstą przypadłość trawiącą kino historyczne – jest do bólu nijaki.

Dzieło doświadczonego Jorama Lürsena (znanego w Polsce z takich tytułów jak „Pomarańczowi”, „Sekret magika”, „Alfie, mały wilkołak”, „Pewniak”) to dobrze zagrana, zrealizowana na wysokim poziomie kostiumowa produkcja z podręcznikowo poprowadzoną dramaturgią i niegłupim scenariuszem. Te zalety stawiają ją w jednym rzędzie z kilkudziesięcioma podobnymi filmami rocznie – a wśród nich „Bankier oporu” nie ma się niestety czym wyróżnić. Scenariusz (nota bene napisany przez sześciu autorów, choć wcale tego nie czuć) mówi sprawdzonymi kliszami, nie bawi się chronologią (rozgrywająca się po wojnie klamra wprowadzająca formułę opowieści w opowieści nikogo już dziś nie dziwi), a jednocześnie zawsze pozostaje blisko protagonisty, nadając obrazowi współczesny wymiar osobistego spojrzenia na wojnę i miejsce jednostki w historii. Okazjonalnie sięga po formę heist movie czy thrillera neo-noir, ale przez większość czasu pozostaje w bezpiecznym rewirze kostiumowego kina środka (a z tej tendencji można się wyłamać, co pokazuje interesujący tekst do „Kryptonimu HHhH”).

W celu uczynienia opowieści możliwie przystępną dla każdego odbiorcy, twórcy zrezygnowali z prób wyjaśniania zawiłości wymyślonego przez van Halla systemu (chyba że był on rzeczywiście aż tak prosty), a najtrudniejszym słówkiem z dziedziny bankowości, jakie pozna widz, jest „weksel”. Pozbawione charakteru zdjęcia balansują między ujęciami z ręki mającymi nadać realistycznego sznytu a spokojniejszymi, bardziej opisowymi planami. Próżno tu szukać ciekawych kadrów czy nietypowych zbliżeń, a jedynym pomysłem wydaje się być nasycenie obrazu chłodną niebieską barwą.

„Bankier oporu” nie wygrywa także jako popis aktorskiego kunsztu. Barry Atsma jako Walraven van Hall wypada poprawnie; o wiele ciekawszą, zniuansowaną kreację tworzy Jacob Derwig wcielający się w starszego z braci, Gijsa. Na drugim planie błyszczy Pierre Bokma, nasycający postać Meinouda Rosta van Tonningena, kolaboranta i dyrektora Banku Narodowego, tak dużą dozą zaangażowania i poczucia misji, że w nudniejszych chwilach seansu zastanawiamy się, czy to jego losy nie byłyby ciekawszym tematem (Holendrzy stworzyli wszak niedawno film o kolaborancie – „Riphagen” Pietera Kuijpersa).

Po prawdzie przyznać należy, że z tak napisanych ról niewiele więcej dałoby się wyciągnąć. Walraven w chwilach wątpliwości motywowany jest ucinającym wszelkie dyskusje frazesem: „Tak trzeba”, stawiającym Obowiązek ponad osobistymi interesami czy choćby dobrem rodziny. Gdy jeden z epizodycznych bohaterów waha się, czy przystąpić do spisku, na szybko próbując sporządzić bilans zysków i strat (wszak chodzi tu o jego życie!), w sukurs przychodzą mu scenarzyści, umieszczając tuż obok kilku prostackich sługusów Hitlera podrywających w iście zwierzęcy sposób niewinną młodą kobietę. Inna postać, której jedyny cel istnienia to najwyraźniej bycie złapaną przez Niemców, spostrzegłszy maszerującą kolumnę żołnierzy spada z roweru, co jest wystarczającym powodem do przeprowadzenia rewizji.

„Bankier oporu” cierpi zatem na kolejną zbyt częstą przypadłość kina historycznego: uproszczenia. Choć sam życiorys van Halla i sposób funkcjonowania Narodowego Funduszu Wsparcia są oddane mniej więcej zgodnie z faktami, historyczne tło, czyli niemiecka okupacja Holandii, zostaje jedynie naszkicowane, a twórcy chętnie wypełniają luki domysłami. Niektóre można wybaczyć. Scenarzyści konsekwentnie przyjmują optykę bohaterów, ludzi dobrze sytuowanych, w związku z czym być może rodziny van Hallów nie dotknęły skutki katastrofalnej klęski głodu, jaka szalała w Niderlandach zimą 1944/1945 roku (w filmie zupełnie jej nie widać). Przejeżdżające na drugim planie pociągi wywożące Żydów do obozów również nie wyglądały dokładnie tak, jak pokazano to na ekranie (tym bardziej nie w 1942 roku).

Niestety odnosi się wrażenie, że całe tło społeczno-polityczne odmalowano czernią i bielą. Przyjmując sposób widzenia scenarzystów, widz stwierdzić może, że Niderlandy okresu II wojny światowej zamieszkiwane były przez dwa rodzaje ludzi: dobrych Holendrów i złych Niemców. Kilka czarnych owiec (smoliście czarnych, jak zdrajcy i jawni kolaboranci) nie zmienia wszak faktu, że Holendrzy Niemców nie lubili, a większość sympatyzowała z ruchem oporu. W całym filmie jest jedna postać, która woli zachować święty spokój, spełniając polecenia okupanta (choć ostatecznie i tak przymyka oko na działalność partyzantów). Nie wchodząc w szczegóły długoletnich sporów historyków dotyczących zaangażowania Holendrów w czynny opór, warto przypomnieć, że w żadnym kraju zajętym przez Hitlera sytuacja nie przedstawiała się tak prosto, jak to widzą scenarzyści „Bankiera…”. Obok bezprecedensowej serii protestów wymierzonych w nowego zarządcę kraju (a rozpoczętych strajkiem lutowym w 1941 roku, w którym wzięło udział 300 tysięcy osób) wojenne dzieje Holandii to także cywilna okupacja zachowująca ciągłość struktur administracyjnych państwa i pracownicy służby cywilnej kontynuujący pracę pod nowym, kolaboracyjnym kierownictwem. Wyjątkowo wysoki odsetek zamordowanych Żydów (73-75%) wywożonych do Rzeszy przez sprawnie działające niderlandzkie koleje państwowe towarzyszy proporcjonalnie największej liczbie przyznanych tytułów Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Łatwo się przekonać, że historia nie jest tak oczywista, jak to próbują przekazać twórcy „Bankiera…”.

Smutkiem napawa fakt, że nawet pod tym względem holenderski kandydat do Oscara niczym wyjątkowym się nie wyróżnia. Spójrzmy choćby na polskie kino wojenne. „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” czy „Historia Roja” pokazują, że dzisiejsi twórcy łatwo ulegają pokusie stworzenia dzieła „ku pokrzepieniu serc”. Choć przyznać należy, że w „Bankierze oporu” sprawność realizacyjna i podjęte wątki pozostawiają wrażenie, że to raczej film straconych szans niż tendencyjnego bałamucenia odbiorcy. Gdzieś w tle, poza walką dobra ze złem i zewem słusznego obowiązku, stawiane są pytania o istotę bohaterstwa. Rodzi się ono niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, gdzieś na granicy obsesji i lekkomyślności – i zależnie od okoliczności historii. To, co w czasach pokoju byłoby fałszerstwem i kradzieżą, w okresie wojny jest świadectwem odwagi i poświęcenia. Szkoda, że takie rozważania nie są tematem produkcji, a jedynie wniesionym prawie mimochodem obowiązkowym elementem współczesnego kina.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

Bankier oporu

Tytuł oryginalny: Bankier van het Verzet

Rok: 2018

Gatunek: dramat biograficzny

Kraj produkcji: Holandia

Reżyser: Joram Lürsen

Występują: Barry Atsma, Jacob Derwig, Pierre Bokma i inni

Dystrybucja: Netflix

Ocena: 2,5/5