Limits of Control – recenzja filmu „Czarne lustro: Bandersnatch”

Limits of Control – recenzja filmu „Czarne lustro: Bandersnatch”

Jednym z niekwestionowanych hitów Netflixa jest serial “Czarne lustro”, będący na dobrą sprawę cyklem, zazwyczaj sześćdziesięciominutowych, filmów science fiction. Opowieści nie łączą się ze sobą fabułą, a ich jedyną wspólną cechą jest sceptyczne podejście do futurystycznych wizji świata oraz zdobyczy techniki. Najnowszy produkt spod tego szyldu nie został jednak przedstawiony jako specjalny odcinek, a jako film z uniwersum Black Mirror. Prawdopodobnie twórcy chcieli w ten sposób pokazać widzom, że mogą spodziewać się doświadczenia zupełnie niepowtarzalnego. “Bandersnatch” jest bowiem czymś pomiędzy grą komputerową a dziełem dziesiątej muzy.

Produkcja Netflixa jeszcze przed premierą została owiana aurą wydarzenia przełomowego i innowacyjnego. Prawda jest jednak taka, że film interaktywny swoją historię rozpoczął ponad pół wieku temu za sprawą czechosłowackiej produkcji “Kinoautomat: Człowiek i jego dom”. Podczas prezentacji dzieła z 1967 roku widzowie przy pomocy przycisków podejmowali decyzję, a kinooperator zasłaniał jeden z dwóch ekranów, na których trwały równoległe seanse. Idea angażowania oglądających w losy bohaterów nie skończyła się na tym eksperymencie. Wręcz przeciwnie – z czasem przeszła do głównego nurtu, czego owoców mogli doświadczyć polscy widzowie w latach 90., kiedy to w TVP nadawano program “Decyzja należy do Ciebie”, gdzie widzowie, przesiadając się między dwiema trybunami, podpisanymi jako “tak” i “nie”, decydowali, wraz z komunikującymi się telefonicznie telewidzami, o zakończeniu prezentowanej na ekranie filmowej noweli. Przechodząc już do osiągnięć ostatnich lat, warto jeszcze wspomnieć serial Stevena Soderbergha “Mozaika”, w którym widzowie sami wybierają tropy historii kryminalnej, za którymi pragną podążać oraz krótkometrażową animację ze stajni Netflixa “Kot w butach: Uwięziony w baśni”, która prawdopodobnie miała być przetarciem dla programistów amerykańskiego giganta przed bardziej ambitnym projektem, który serwis zaproponował nam teraz.

 

Czarne lustro: Bandersnatch” opowiada historię dziejącą się w roku 1984, czasach kiedy gry wideo, będące wciąż stosunkowo małą branżą, zyskują na popularności, z czego chce skorzystać główny bohater Stefan – mieszkający z ojcem programista samouk piszący grę na podstawie uwielbianej przez siebie powieści o nazwie “Bandersnatch”. Książka ta jest wyjątkowa, ponieważ czytelnik sam decyduje, jakie wybory podejmuje bohater, po czym przeskakuje do strony o numerze zależnym od swojej decyzji. Protagonista jest nią absolutnie zachwycony, ale ciężko powiedzieć, by cieszyła się ona renomą wśród opinii publicznej, zważywszy na to, że jej autor zamordował żonę i popełnił samobójstwo. Można powiedzieć, że to właściwie cała fabuła, będąca wspólną częścią historii każdego z oglądających. Co więc pozostaje zależne od nas? W dużym uproszczeniu możemy sprowadzić to do dwóch zmiennych: jakim sukcesem okaże się gra autorstwa Stefana i jak potoczy się jego życie osobiste. Większość scenek finałowych, do których możemy dojść, kończy się fragmentem programu z recenzją gry oraz ujęciem pokazującym okoliczności, w których bohater ją ogląda.

 

Ciężko jednak zakładać, że każdy widz obejrzy wyłącznie jedną wersję historii. Po pierwsze, niektóre ze ścieżek kończą się rozczarowująco wcześnie, a po drugie, twórcy sami przygotowali furtki pozwalające w łatwy sposób wrócić do kluczowych decyzji, by odkryć inne zakończenia. Dzięki temu sama przyjemność błądzenia po grafie wszystkich możliwych wersji filmu staje się rozrywką znacznie bardziej absorbującą niż samo oglądanie. Co więcej, wracając do ścieżek, które już znamy, oglądamy specjalnie przygotowane skrócone wersje powtarzających się fragmentów, które twórcy wzbogacili o liczne smaczki powodujące uśmiech na twarzy czujnego widza. Niesamowite wrażenie robi wielowątkowość fabuły, która niezależnie od ścieżki wybranej przez widza trzyma się kupy. Dostępne dla nas rozgałęzienia również robią wrażenie. Jedne z nich skupiają się na twórczym procesie programisty i relacjach z jego zawodowym guru — Colinem Ritmanem, inne roztrząsają historię tragicznej śmierci matki bohatera, a jeszcze inne dążą do śmiałej, autoironicznej zabawy formą, w której bohater dowiaduje się, że steruje nim Netflix, czyli telewizja przyszłości.

 

Niesamowicie istotnym dla “Bandersnatcha” jest fakt jego samoświadomości. Podejmowanie decyzji jest wszak nie tylko kluczowe dla jego formy, ale stanowi niejako motyw przewodni treści. Żywe rozważania o równoległych rzeczywistościach warunkowanych każdym naszym ruchem czy o istnieniu wolnej woli idealnie wpisują się zarówno w poetykę znaną z serialu, jak i w interaktywną naturę tego przedsięwzięcia. Niekiedy fabuła koresponduje z formą tak mocno, że sami czujemy się zaskoczeni lub wręcz wciągnięci do tej dziwnej gry, dającej nam złudzenie decyzyjności. Stopień interakcji bywa tak duży, że w niektórych wersjach scenariusza widz wprost rozmawia ze swoim bohaterem.

 

Kiedy jednak spojrzymy na produkcję Netflixa od strony czysto filmowej, widzimy sporo braków. Poziom aktorstwa, realizacji technicznej, wizualnej czy dialogów to co najwyżej solidne rzemiosło. Ciężko mi wyróżnić pozytywnie którąkolwiek rolę czy scenę mającą szczególnie dramatyczny charakter. Powtarzający się do bólu motyw muzyczny z czasem, a tego poświęcić na poznawanie kolejnych wersji można naprawdę dużo, zaczyna męczyć. Do tego ze względu na formę podejmowania wyborów każda scena, w której mamy czas na decyzję, jest sztucznie przedłużana, co z pewnością byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy oglądali “Bandersnatcha” jako jedną historię pozbawioną opcji wyboru.

 

Czarne lustro: Bandersnatch” dostarcza przede wszystkim znakomitej rozrywki, pozwalając przeklikać się przez kolejne alternatywne rzeczywistości. Nie mam wątpliwości, że dopiero w formie, jaką oferuje internetowy streaming, interaktywne filmy mają przyszłość i jeśli tylko będzie okazja, sięgnę po nie nie raz. Chociaż niesamowicie szanuję ten projekt jako przedstawiciela rozrywki przyszłości, zarówno realizacyjnie, jak i fabularnie zdarzały się już lepsze odcinki “Black Mirror”, o klasykach science fiction nie wspominając. Nie jest to w żadnym wypadku szczyt sztuki kinowej, z perspektywy czasu może okazać się jednym z przełomowych punktów jej rozwoju. Warto więc zdecydować się na jego seans, chociażby po to, by odkryć czy taka forma rozrywki Wam pasuje.

 

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

Czarne lustro: Bandersnatch

Tytuł oryginalny: „Black Mirror: Bandersnatch”

Rok: 2018

Gatunek: Sci-fi, Film interaktywny

Kraj produkcji: USA

Reżyser: David Slade

Występują: Fionn Whitehead, Will Poulter,  i inni

Dystrybucja: Netflix

Ocena: 3,5/5