Om mani padme hum – recenzja filmu „Balon” – Pięć Smaków

Om mani padme hum – recenzja filmu „Balon” – Pięć Smaków

W roku 2016 na 10. jubileuszowej edycji festiwalu Pięć Smaków nagrodę NETPAC odebrał Tybetańczyk Pema Tseden. Jego „Tharlo” urzekło widzów i jurorów głównie przepiękną stroną wizualną, choć dostrzegano w nim również policzek dyskretnie wymierzony Chińskiej Republice Ludowej. W tym roku reżyser powrócił do Warszawy, przywożąc z sobą aż dwa filmy: „Jinpę” oraz omawiany w poniższym tekście „Balon”.

Zazwyczaj, gdy myślimy o Tybecie, stają przed oczyma ośnieżone szczyty Himalajów, zagubione w górskich ostępach buddyjskie klasztory i stupy, krzątający się w ich pobliżu identycznie odziani mnisi, łopoczące na wietrze kolorowe flagi modlitewne. „Balon” igra z naszymi przyzwyczajeniami i jak na złość dzieje się w nietypowej scenerii – pagórkowaty krajobraz, łagodniejszy klimat wokół jeziora Qinghai, zamiast jaków pasące się owce. W takiej okolicy żyje trzypokoleniowa rodzina składająca się z dziadka, jego syna Dargye (Jinpa) i synowej Drolkar (Sonam Wangmo) oraz trójki ich synów: dwóch malców i Jamyanga uczącego się w kosztownym dla wiejskiej rodziny liceum z internatem. Źródłem utrzymania dla tej szóstki jest pasterstwo.

Pema Tseden z czułością, ale jednak krytycznym wzrokiem patrzy na zasady panujące obecnie wśród jego pobratymców. Cywilizacyjny skok i reformy, jakie narzuca komunistyczny rząd w Pekinie, wydają się lokalsów dotyczyć w niewielkim stopniu, ale jednak odczuwają oni ich skutki. To świat z jedną nogą wciąż uwięzioną w lodowcu tradycji i z drugą stawianą po omacku w potoku zmian; nie nadążający zazwyczaj za modami i trendami, ale powolutku odmieniający swoje oblicze. Objawia się to choćby w zastąpieniu koni motorami jako szybszy i mniej kosztowny środek transportu, ale co ważniejsze dla osi fabularnej – w redefiniowaniu roli kobiety w patriarchalnym systemie buddyjskim.

Mała rewolucja seksualna ukazana zostaje na przykładzie dwóch kobiet – wspomnianej już Drolkar oraz jej siostry (Yangshik Tso). Pierwsza zostaje wtłoczona we wszystkie społeczne role przeznaczone w Tybecie jej płci: jest żoną, synową, służącą, kucharką, kochanką, a przede wszystkim matką. Druga natomiast to przeciwieństwo – mniszka żyjąca w celibacie z dala od ludzkich skupisk, kryjąca mroczną tajemnicę (być może to krzywda, która spotkała ją w młodości, pchnęła dziewczynę w kierunku klasztornego powołania). „Balon” odnosi się na kilku poziomach do tego, jak normy i religijne nakazy wymuszają na Tybetankach takie, a nie inne działanie. Z drugiej strony Pema Tseden z satysfakcją odnotowuje, że kobiety często próbują wywalczyć większą niezależność i upominają się o swoje prawa.

Rozmowy o środkach antykoncepcyjnych (od kondomów przez krążki po podwiązanie jajowodów), o aborcji, a nawet o samym akcie seksualnym przestają być powoli sekretne i wstydliwe. Drolkar nie obawia się żartować z chuci męża („jest jak buhaj”), choć już przed lekarką kryguje się nazywać po imieniu tabuizowane przez lata zjawiska. Zresztą jak rozmawiać otwarcie o przerwaniu ciąży czy zabezpieczaniu się, gdy każdy plemnik może według lokalnych wierzeń być inkarnacją kogoś z rodziny. Reżyser nie odważa się jednak wystąpić przeciw tysiącleciom rozpoznawania tulku, ani też krytykować polityki jednego dziecka do niedawna promowanej przez chińskie władze. To raczej rejestracja nastrojów, jakie panowały i nadal panują wśród Tybetańczyków. Tradycja walczy z nowoczesnością, słowo lamy i jego autorytet moralny z fachową opinią lekarza. Przytoczona w tytule recenzji buddyjska mantra bodhisattwy współczucia Om mani padme hum, która jest odmawiana przez dziadka, głosi: Bądź pozdrowiony, skarbie w kwiecie lotosu. Dla ateistów będzie to zaklinanie rzeczywistości, dla wierzących za to potężna modlitwa, gdzie każda sylaba oczyszcza od innej przywary (Om – duma / egozim, Ma – zazdrość / żądza rozrywki, Ni – przywiązanie / egoistyczne pożądanie, Pad – niewiedza / uprzedzenie, Me – skąpstwo / chciwość, Hum – gniew / nienawiść). Twórca filmu wcale nie jest przekonany, że któraś ze stron ma rację. To ocenie widza pozostawia to starcie o rząd dusz.

Polubowny, koncyliacyjny ton wypowiedzi nie zapewniłby raczej powodzenia „Balonowi” na licznych festiwalach, gdyby nie obecne w nim etnograficzne zacięcie i chęć ukazania lokalnego kolorytu. Pema Tseden pozwala bowiem zajrzeć za kulisy prowincjonalnej społeczności pasterskiej. Dzięki temu możemy zobaczyć choćby, jak przebiegają negocjacje przy sprzedaży owiec. Kupcy zamiast licytować na głos cenę za zwierzęta, wkładają rękę w szeroki rękaw sprzedającego i kreślą na jego dłoni proponowaną sumę. Akcja zostaje zdynamizowana także przez pracę kamery i fikuśne sztuczki operatora Lu Songye. Przykładowo: jedną ze scen łapania barana nakręcono long shotem, zawieszone bardzo nisko chmury często zostają odbite w kałużach lub brudnych szybach, a pierwsze sekundy filmu toczą się z nałożonym nietypowym zamglonym filtrem, którym okazuje się… napompowana prezerwatywa. Godnym podkreślania wydaje się też, że lokacje są filmowane z wykorzystaniem naturalnego światła.

Siłą „Balonu” jest opowiadanie w prosty i klarowny sposób o problemach targających społeczeństwem, zwłaszcza na wiejskich obszarach okupowanego od dziesięcioleci przez Chiny państwa. Autor „Tharlo” bez upiększeń czy zbędnych złośliwości, za to ze sporą dawką oczyszczającego humoru i dystansu względem kluczowego konfliktu moralnego, portretuje ten powoli odchodzący w niebyt świat. Nie szokuje konserwatystów ani nie szuka poklasku wśród feministek, po prostu dostrzega przywary obowiązującego porządku.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
balon plakat

Balon

Tytuł oryginalny: „Qi Qiu”

Rok: 2019

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Chiny

Reżyser: Pema Tseden

Występują: Sonam Wangmo, Jinpa, Yangshik Tso i inni

Ocena: 3,5/5