Anihilacja

Netflix od 12 marca kusi najnowszym filmem Alexa Garlanda. Anglik odpowiada za scenariusze "28 dni później" czy "Nie opuszczaj mnie", a jego fabularny debiut “Ex Machina” wymieniany jest w gronie najlepszych dzieł science-fiction ostatnich lat obok “Pod skórą” Jonathana Glazera i "Wynalazku" Shane'a Carrutha. Teraz adaptuje znaną również w Polsce książkę Jeffa VanderMeera "Unicestwienie", wchodzącą w skład jego trylogii “The Southern Reach”. Ale czy warto zaufać wizji, która nie przekonała szefów Paramount Pictures do tego, by wprowadzić ją do szerokiej dystrybucji kinowej?

W enigmatycznym prologu postać grana przez Natalie Portman zostaje poddana przesłuchaniu przez naukowca w skafandrze. Za grubą szybą czeka kilkunastu jego kolegów, całość wygląda jak połączenie policyjnego pokoju z weneckim lustrem i zamkniętej placówki dla psychicznie chorych. W oczywisty sposób z tyłu głowy pojawia się skojarzenie z poprzednim dziełem Alexa Garlanda, “Ex Machiną”. Tam, luksusowe więzienie było odstręczającym konglomeratem klinicznie czystych wnętrz i śledzącej każdy ruch technologii. Tym razem klaustrofobiczne pomieszczenia zostaną szybko zastąpione otwartymi plenerami, ale pierwsza scena predestynuje resztę fabuły do bycia czymś więcej niż zwyczajnym filmem rozrywkowym. Wątpliwość z jaką pozostawia widza jest znacząca. Oto protagonistka nie wie co robiła przez ostatnie tygodnie, na większość pytań reaguje wzruszeniem ramion lub zdawkową odpowiedzią. Czy naprawdę jako jedyna uszła z życiem? A może po prostu znajduje się na skraju zdrowia psychicznego i nie można ufać jej relacji?

Z przedakcji dowiadujemy się, że Lena, bo tak nazywa się główna bohaterka “Anihilacji”, wykłada biologię na wydziale medycyny Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Baltimore, a jej specjalnością jest genetycznie zaprogramowany cykl życiowy komórki. Kobieta, choć w życiu zawodowym osiąga sukcesy, nie może uporządkować prywatnych spraw po tym, jak przed rokiem straciła ukochanego męża. Celebruje swoją żałobę, zamiast ruszyć emocjonalnie dalej, wciąż rozpamiętuje stratę i dawne szczęście, ramki z jego zdjęciami widuje częściej niż twarze przyjaciół. Ta samotność połączona z wybitną inteligencją, a także co wyjdzie dopiero później, uporem, walecznością i witalnością wpisuje się w topos klasycznych heroin kina science-fiction. W tym samym rzędzie stoją, m.in. Louise Banks (Amy Adams) z “Nowego Początku”, Ryan Stone (Sandra Bullock) z “Grawitacji” i oczywiście Ellen Ripley (Sigourney Weaver) z serii “Obcy”. Łączy je także fakt, że wszystkie na pewnym etapie musiały zmierzyć się z nieznanym zagrożeniem, ale przede wszystkim okiełznać swoje lęki i ograniczenia.

Ni stąd, ni zowąd do Leny wraca z zaświatów jej zaginiony małżonek. Kane (imię nadane na cześć pewnego nieszczęśnika z pokładu USCSS Nostromo nie wróży nic dobrego) staje po prostu pewnego dnia w drzwiach ich mieszkania. Mężczyzna jest małomówny, wyczerpany, ma zaniki pamięci albo po prostu nie może zdradzić gdzie i co robił podczas sekretnej misji wojskowej. Niedziwne więc, że jego żona zamiast przytulić go do łona niczym Penelopa Odyseusza, pozostaje w szoku, że nie odezwał się, nie dał znaku życia, nie starał się jakoś jej uspokoić. Napięte relacje między małżeństwem Garland ukazuje w mistrzowskiej scenie, gdy Portman i grający Kane’a Oscar Isaac trzymają się za ręce, ale kamera spogląda na nie przez stojącą na stole szklankę wody. Widzimy ich dłonie zniekształcone, wygięte, podobnie jak ich związek, który uległ deformacji. Wtem woda zaczyna się czerwienić, to krwawi strudzony wędrowiec.

Nie chcę zdradzać zbyt dużo z fabuły, dlatego przemilczę jak, ale już po zwiastunach i opisach wiedzieliśmy, że Lena i Kane w końcu trafiają do tajnego ośrodka badawczego. Tam protagonistka spotyka psycholożkę doktor Ventress (Jennifer Jason Leigh), która opowiada jej o tajemniczej Strefie X, otoczonej przez pozaziemskie wyładowania elektryczne, tęczowy mur z energii, który pochłania wszystko na swojej drodze. Nazywa go shimmer (ang. migotanie, iskrzenie). Mąż pani biolog to jedyny człowiek, który zdołał wyjść na zewnątrz z tego Trójkąta Bermudzkiego. Reszta śmiałków nie wróciła, przepadła bez wieści. Nasza bohaterka, z naukowej ciekawości, ale głównie by odnaleźć remedium na chorobę, jakiej nabawił się Kane na skutek wyprawy, dołącza do kolejnej samobójczej misji. Tym razem w jej skład wchodzą same kobiety (m.in. gwiazda “Jane the Virgin” Gina Rodriguez czy znana z “Thora: Ragnaroku” Tessa Thompson).

Kiedy pięć dzielnych przedstawicielek płci pięknej objuczonych wielkimi plecakami i uzbrojonych w karabiny maszynowe staje przed wejściem do Strefy X, wyglądającym jak zorza polarna ulepiona z bańki mydlanej, przypominają Pogromców Duchów. I może to słuszny trop, bo każda z nich będzie musiała oprócz czyhających tam niebezpieczeństw, ale pokonać także swoje wewnętrzne demony. Skutki ich wędrówki zobaczycie już na Netflixie (zresztą moim zdaniem środkowa część filmu najbardziej niedomaga), ale warto przypatrzeć się przestrzeni w jakiej się ona odbywa. To teren Parku Narodowego Blackwater w stanie Maryland, słynącego ze swoich bagnisk. Kosmiczna moc pochłaniająca otaczające obszary z filmu (i książki) idealnie rymuje się z faktyczną sytuacją miejscowego, unikalnego ekosystemu. Na moczarach żyją setki gatunków ptaków, płazów i gryzoni, a za kilkanaście lat woda z Zatoki Chesapeake prawie w całości ją zaleją.

Alex Garland serwuje przez większość seansu dość senną narrację poprzetykaną wybuchami przemocy, związanej z atakami hybryd zwierząt stworzonych przez tajemnicze siły rządzące w Strefie X. Reżyser podbija więc arthousowy wydźwięk poprzez sceny z survival horroru, ale w końcu w finale zdradza jakie rejestry filmowej i filozoficznej rozgrywki są mu najbliższe. Na ostatnie pół godziny seansu wkraczamy do ostatniego kręgu dantejskiego Piekła, czyli miejsca gdzie uderzyła kometa, na której przyleciało na Ziemię źródło Iskrzenia. Otoczenie latarni morskiej i jej wnętrze budzi silne skojarzenie z mrocznym surrealizmem z malarskich wizji Zdzisława Beksińskiego. Bez odkrywania kart mogę dodać, że wizyjna sekwencja jaka się tam rozgrywa podnosi film o kilka poziomów wyżej.

Ilustracją spotkania człowieka z obcą formą życia staje się choreografia ułożona przez Bobbi Jene Smith (w zeszłym roku w konkursie festiwalu Millennium Docs Against Gravity startował dokument o tej wybitnej tancerce), a jego ukoronowaniem wizualny cytat z “Ofiarowania” Andrieja Tarkowskiego. Wydaje się zresztą, że mistrz rosyjskiego kina to patron tego przedsięwzięcia. Spośród kilku innych nawiązań można łatwo znaleźć paralele między “Anihilacją” a “Stalkerem” czy “Solaris” (oba oparte na wybitnej prozie, odpowiednio braci Strugackich i Stanisława Lema). Choć nowa produkcja autora “Ex Machiny” nie przejdzie do historii kina, to również dzięki zgrabnym nawiązaniom do klasyki ambitnego science-fiction udowadnia, że wiele pytań pozostaje jeszcze bez odpowiedzi. Wszak, tak mało wiemy o otaczającym nas Wszechświecie i co chyba smutniejsze nadal słabo znamy granice własnej natury.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Anihilacja plakat

Anihilacja


Rok: 2018

Gatunek: thriller, science-fiction

Reżyser: Alex Garland

Występują: Natalie Portman, Jennifer Jason Leigh, Oscar Isaac i inni

Ocena: 3,5/5