Złe wychowanie – recenzja filmu „7 uczuć”

Złe wychowanie – recenzja filmu „7 uczuć”

Gdy myślę o rodzimym kinie autorskim, moim pierwszym skojarzeniem jest twórczość Marka Koterskiego. Twórca “Dnia świra” od lat konsekwentnie obnaża przed publicznością swoje neurozy, lęki, pragnienia i słabości. Przypisuje je swojemu alter-ego Adasiowi Miauczyńskiemu, który może być też odbiciem w naszym narodowym zwierciadle. “7 uczuć” to, jak twierdzi reżyser, najtrudniejsze i najbardziej osobiste dzieło w jego karierze. Adaś wraca bowiem do czasów dzieciństwa, gdzie szuka źródła swoich natręctw.

Twórczość Koterskiego  uświadomiła mi kiedyś, że kino może pełnić funkcję terapeutyczną. Przede wszystkim dla twórcy, ale też dla odbiorcy. Postać Miauczyńskiego obok cech typowo osobniczych, skupia w sobie emocje bliskie każdemu z nas. Najbardziej wyraźnie widać to w “Dniu świra”, który kumuluje nasze malkontenctwo, marazm, czy brak sposobu na życie i wykrzykuje to wszystko ustami Marka Kondrata. Ta gorzka komedia pozostaje dla mnie jednym z najbardziej przejmujących dramatów, jakie widziałem na ekranie. Dlatego moje oczekiwania względem “7 uczuć” były spore, aczkolwiek nieco ostudzone po słabszym, jakby wymuszonym filmie “Baby są jakieś inne” i dość żenującym zwiastunie nowego obrazu.

Twórca “Wszyscy jesteśmy Chrystusami” zagrał va banque i tym razem główną rolę powierzył swojemu synowi Michałowi. Odważne posunięcie rodziło obawy czy młody Koterski, dotychczas znany głównie z epizodów w poprzednich dziełach ojca i podrzędnych seriali, zdoła utrzymać poziom narzucony wcześniej przez m.in. Marka Kondrata, czy Andrzeja Chyrę. Muszę przyznać, że swoją infantylną grą, rozhisteryzowanego dziecka, wpasował się idealnie w konwencję, gdyż, mimo że “7 uczuć” opowiada o dzieciństwie Miauczyńskiego, w obsadzie nie uświadczymy młodocianych aktorów. W  rodzinę Adasia, jego nauczycieli i kolegów ze szkolnej ławki wcieliła się śmietanka polskiego aktorstwa. Reżyser przyznał, że każda z ról pisana była pod konkretnego odtwórcę.

Kiedy po początkowej konsternacji oswoimy się już z tym zabiegiem formalnym, okazuje się on strzałem w dziesiątkę. Innego znaczenia nabierają wtedy sceny znane ze zwiastunów i w szerszym kontekście bronią się doskonale. Nawet ta niesławna promująca film, gdzie Adam Woronowicz tłumaczącym teorię względności za pomocą anegdoty o “palcu w pupie” zyskuje inny wydźwięk, kiedy okazuje się, że pełni rolę charakterystyki ojca Adasia. Do tego z offu dochodzi przewijający się przez cały pierwszy akt, głos Krystyny Czubówny, komentujący wydarzenia niczym w filmie przyrodniczym, a jej niewidoczna na ekranie postać  to terapeutka dorosłego Miauczyńskiego, co stanowi klamrę opowieści.  

Życie w cieniu starszego brata (Robert Więckiewicz), apodyktyczny ojciec  o skłonnościach sadystycznych (Adam Woronowicz) i bierna, histeryczna matka (Maja Ostaszewska) to nie jedyne czynniki jakie odcisnęły swoje piętno na psychice bohatera. Kluczowym elementem filmu jest szkoła i to co się dzieje w obrębie jej murów. Koterski wzorem gombrowiczowskiego “Ferdydurke” uderza w system edukacji. Niekończące się lekcje o dopływach Nilu duszą w zarodku wszelką kreatywność. Nauczyciele przyprawiają uczniom gębę utrwalając stereotypy na temat ich klasowych funkcji. I tak mamy kujonkę, nieuka, wagarowicza, błazna, etc… Wypada pochwalić reżysera za decyzje obsadowe. Nie ma tu słabej roli, jednak najbardziej błyszczy Gabriela Muskała jako prymuska – Weronika Porankowska.

Krytyka szkolnictwa to jedno, ale powrót do szczenięcych lat pozwala Koterskiemu na odrobinę nostalgii. Bitwy na częstochowskie rymy, skakanka, pierwsze miłostki i pierwsze papierosy – możemy spojrzeć na pozalekcyjne aktywności uczniów sprzed kilkudziesięciu lat, a widzowie może odnajdą tam część własnych wspomnień. Niestety reżyser ma tu tendencję do przeciągania tych nie najlepszych, ale w jego mniemaniu pewnie zabawnych scen, jak ciąg wspomnianych rymowanek, czy przeciągnięte teatralne przedstawienie “W pustyni i w puszczy”.

Przychodzi jednak moment, kiedy śmiech więźnie w gardle, a na pierwszy plan wysuwają się tragedie młodocianych bohaterów. Niezrozumienie przez otoczenie, brak wsparcia przez najbliższych  i poczucie odrzucenia definiują przyszłych neurotyków, którym życie rozpada się w rękach. Tworzy to błędne koło, w którym niedojrzali dorośli, nieradzący sobie z tytułowymi 7 uczuciami, nie potrafią przekazać potomstwu właściwych wzorców. Dzieciństwo jest niewątpliwym fundamentem naszej osobowości, jednak przypisywanie wszelkich życiowych niepowodzeń błędom rodziców uważam za spore uproszczenie.  Gdyby znalazł się widz, któremu nie udałoby się odczytać intencji Koterskiego, twórca wyłoży całe przesłanie w finale, poprzez deklaratywny monolog Sonii Bohosiewicz. Czy to zabieg wzmacniający wydźwięk czy niepotrzebne dopowiedzenie, należy ocenić samemu.

Zdaje sobie sprawę, że “7 uczuć” jest filmem od którego niezwykle łatwo się odbić rozmijając się z konwencją. Widok dorosłych aktorów w rolach dzieci, charakterystyczna składnia wypowiedzi bohaterów, czy momentami dziwaczny humor, mogą zbudować mur nie do przebicia. Widzowie oswojeni ze stylem reżysera powinni być jednak usatysfakcjonowani

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
7 uczuć plakat

7 uczuć

Rok: 2018

Gatunek: komediodramat

Kraj produkcji: Polska

Reżyser: Marek Koterski

Występują: Michał Koterski, Gabriela Muskała, Marcin Dorociński i inni

Dystrybucja: Kino Swiat

Ocena: 3,5/5